środa, 6 stycznia 2016

PÓŁKOWY POLSKI ALBUM ROKU 2015 || PODSUMOWANIE

Kolejny rok za nami. 2015 minął wyjątkowo szybko, ani się człowiek dobrze nie rozejrzał, a trzeba było wybierać z półki polskie premiery. Zawczasu zrobiłem sobie osobną półeczkę na rok 2015, ale z czasem się wszystko oczywiście pokiełbasiło, wymieszało, a tak w ogóle to cholera z tym. Najważniejsze, że plebiscyt na Polski Półkowy Album Roku 2015 został ukończony i nie przeszkodzili w tym narodowi terroryści w postaci cyklistów, albo co gorsza, podłych wegetarian.

Nim przejdziemy do zwycięzców, bo każdy kto się w tekście znalazł zwycięzcą jest jak najbardziej, mała prośba i kilka informacji. Prośba prosta: polubcie Półkę z Winylami na facebooku (można to zrobić poprzez okienko po prawej stronie przy suwaku; albo po prostu po wpisaniu w wyszukiwarkę twarzaka nazwy bloga). Informacja natomiast jest natury ułatwiającej. Idzie o to, że wiele z omówionych płyt zespoły zamieściły do darmowego pobrania, bądź odsłuchu. Umówmy się więc, że po kliknięciu w nazwę zespołu zostaniecie przeniesieni na jego profil facebookowy (dlaczego twarzakowy? Bo tam są zgromadzone w jednym miejscu wszystkie potrzebne wiadomości). Natomiast po kliknięciu w zdjęcie okładki, odnośnik odeśle was w miejsce, gdzie można albumu posłuchać/ściągnąć za darmo – jeśli oczywiście jest taka możliwość z oficjalnych, czyli udostępnionych przez zespoły źródeł (będzie to zazwyczaj bandcamp bądź youtube).

Tyle kwestii formalnych. Przeciągać nie będę, bo tekst i tak jest już monstrualny (a dodam, że to może 1/3 ze wszystkiego o czym chciałem napisać, a zaledwie ułamek rzeczy przesłuchanych). Od razu przejdźmy do nominacji.

   

Nasze, a właściwie to moje, podsumowanie zacznę od małych płytek, które właściwie tylko z takiego powodu, że są małe nie powalczą o podium w podsumowaniu, ale i są wystarczająco "duże", by się nimi koniecznie zainteresować, bo przynoszą chlubę ubiegłorocznej polskiej muzyce. Weźmy choćby pod lupę młodziutką ekipę z Obsidian Mantra z ich "Burden Brought by Whispers". Przecież na tym 30 minutowym materiale narodził się młodszy braciszek wczesnego Blindead. Już w recenzji pisałem, że to "kawał potężnego, brutalnego i masywnego metalu, którym powinien zainteresować się każdy wielbiciel sceny modern-, post- i doom metalowej". Z perspektywy czasu wcale opinii nie zmieniam. Mam nadzieję, że grupa dalej będzie robić swoje, a już niebawem usłyszymy o ich debiutanckim albumie, który zmiecie konkurencję (potężną przecież, wszak w Polsce metale kuje się światowej klasy). Na drugim biegunie grania, delikatne dźwięki od wrocławskiego More Wine Please z ich wyśmienitej epki "Tides". Cuda tam się dzieją, drodzy państwo, cuda. Subtelna muzyka dla nadwrażliwców rozmiłowanych w muskanych delikatnie klawiszach pianina i absolutnie perfekcyjnym wokalu - ton tej grupie nadają dwie niesamowicie uzdolnione dziewczyny. Trzeba rozpalić w kominku, chwycić lampkę czerwonego wina, otulić się czymś ciepłym i dać ponieść falom tych wrażliwych dźwięków, a później, jak już się "Tides" skończy, zakrzyknąć: Więcej wina, proszę! 

   

Żeby zostać w nieco poetyckich klimatach warto posłuchać małej płytki od krakowskiej grupy Nutria Nutria. Artyści wyklęci, dekadencja, poezja ciągana po ulicach i deczko psychodelii z pokolenia beat generation. Mroczne walce sączą się z głośników, pijani literaci kłócą się o sztukę, a filozofowie dumają nad sensem istnienia. Instrumentarium trochę jakby w klimatach Nicka Cave'a albo Toma Waitsa, ale zaśpiewane kobiecym głosem. Niemniej posępne kołysanki zaserwowali starzy znajomi z newspaperflyhunting, którzy przenieśli na EPce "three words" środek ciężkości z progresywnego rocka, na leniwy post rock - w mojej opinii to najdojrzalszy materiał od Białostoczan grających o odchodzącym świecie przeszłości. To taka pocztówka z zapomnianego świata. Trzy melancholijne, post rockowe, zbliżające się do dziesięciu minut opowieści na dobranoc, snujące się powoli i leniwie.



Na zakończenie rozprawiania o małych płytkach warto wspomnieć "Superfancy" od grupy Dla Kontrastu. Piękna sprawa jak zespół wymieszał instrumentalne granie z rapowanymi tekstami, a o tym jak duży krok zrobił od niedawnego przecież debiutu "Nieumiejętnie" pisałem już w recenzji. Jest na tej płytce bajecznie, kolorowo i różnorodnie, a kończący EPkę "Krzyknęło" mógłbym nazwać rapową suitą (pierwszą taką? Nie wiem, nie znam się). Bezwzględnie warto ten zespół znać, bo nie dość, że fajnie grają, to tworzą naprawdę świetne teksty, co nie jest znowu takie oczywiste na rodzimym poletku, gdzie poetów mamy raczej nieciekawych.


By całe zestawienie trzymało się kupy, niejako gatunkowo, postanowiłem wyróżnić trzy koncertówki - one również nie powalczą o najwyższy stopień podium, co nie zmienia faktu, że doprawdy warto po nie sięgnąć. Podobał mi się koncert DVD Kruka, który ukazał się jako "beyond live". Może i nie jest to wydawnictwo imponujące rozmachem, czy wizualnymi fajerwerkami, ale muzyka aż kipi od emocji, a jeśli dodam, że to czystej krwi hard rock inspirowany klasykami gatunku, szczególnie grupami Deep Purple i Uriah Heep (choć echa Zeppelinów, Budgie czy Black Sabbath są dość klarowne), to robi się nad wyraz ciekawie. Abstrahując od całości, niesamowite wrażenie robią na mnie popisy Michała Kurysia na klawiszach i niezmordowanego Piotra Brzychcy na gitarach. Dla wielbicieli klasycznego oblicza hard rocka pozycja obowiązkowa. Z kolei takim must have dla słuchaczy polskiej sceny progresywno rockowej jest koncertowe wydawnictwo od klasyków z Lizard. Panowie na "Destruction And Little Pieces Of Cheese" zaserwowali kawał potężnego prog-rocka. Odegrali sporą część ostatniego albumu "Master & M" (muzycznej adaptacji "Mistrza i Małgorzaty), a na bis jeszcze "21st Century Schizoid Man" z repertuaru King Crimson. Sam koncert brzmi fantastycznie, pokazuje, że grupa jest w znakomitej formie i można mieć tylko nadzieję, że wreszcie pokusi się o jakąś większą trasę koncertową, bo szkoda, by zespół z takim stażem, tak ułożony, i o tak bogatej dyskografii, wciąż był znany wyłącznie w grupie koneserów rodzimego proga. Tym bardziej, że na rok 2016 zapowiadają nowy studyjny album.


Podobna historia ma miejsce z krakowskim Hipgnosis. Mimo, że nagrali arcydzieło "Relusion" (2011), wciąż są jakby zakopani wśród tych samych twarzy i właśnie te same twarze przychodzą na sporadyczne koncerty. Tym ciekawiej zapowiadał się "Life Plays No Encores", oficjalny bootleg, prezentujący koncertowe oblicze grupy, również wizualnie. Trzy CD + jedno DVD. Brzmienie płytki pozostawia wiele do życzenia, ale to wciąż zapis instrumentalnych umiejętności tego space rockowego cudeńka, udowadniający, że właściwie każdy występ wygląda zupełnie inaczej, a utwory to jedynie kompozycyjne szkielety, które podczas odgrywania na żywo - zależnie od nastroju muzyków - przeradzają sie w dzikie improwizacje. Być może "Life Plays No Encores" to rzecz stricte fanowska, ale myślę, że to również lektura obowiązkowa dla wielbicieli polskiej progresywnej sceny - zespół Hipgnosis to rodzima perełka gatunku, której twórczość bezwzględnie znać trzeba.


Wspomniałem już o Obsidian Mantra, ale dużo innych, ciekawych rzeczy działo się w muzyce z diabłem w serduszku. Nie staram się nawet oceniać tego nieprzebranego diabelskiego oceanu polskich czortów (najzwyczajniej nie bardzo się na tym znam), ale chciałbym wspomnieć o kilku bardzo interesujących debiutach. Zacznę od warszawskiego zespołu Kore - a właściwie Soul Skeleton, bo grupa po wydaniu debiutu ("EvolvE") postanowiła... zmienić nazwę - na swoim krążku ani przez chwilę nie udaje, że życie jest piękne. Wręcz przeciwnie: życie znaczy ból, cierpienie, niemoc, depresja i filozofia Schopenhauer. Podczas słuchania tego krążka nikt się nawet przez chwilę nie uśmiechnie, no chyba, że jest wyjątkowo pogodnym masochistą, albo po prostu to mroczne oblicze muzyki mu się spodoba. A może się podobać. Panowie na gruncie post-metalowym ze sporą domieszką sludge, a i szczyptą death metalu, stworzyli kilka zacnych numerów z potężnymi gitarami i perkusją, a dodatkowo z mocnym wokalem, również w najlepsze sobie growlującym. To dość brutalna, ciężka i spowita ciemnością muzyka.

Innym takim "metalem obowiązkowym" jest również z Warszawy pochodzący Spirit z blaszeczką "Desolation". Krzyczą coś na tym albumie, wrzeszczą jakby ich ze skóry obdarli, a później w soli kazali się tarzać; ryczą jakby się rzeczywiście co złego w świecie działo, jakby się coś porządnie popaprało, albo maczetami kończyny odcinali, ot tak, na ulicy, za nic. Diabły, czorty i nic więcej. Ale jak się wsłuchać, to tak szalonego i wściekłego instrumentarium ze świecą szukać. Ekstremalny progresywny metal z masą naleciałości groove metalowych, death metalowych czy sludge'owych zaserwował warszawski Spirit na swoim debiucie. Jest brutalnie i jakby się ktoś na kogoś porządnie podkurwił. Gitary dosłownie opętało, szatan w nich siedzi, bo galopują z taką furią, że bez granatnika RPG i pektorału nie podchodź. Fakt, brakuje muzyce trochę masy, ja bym ją bardziej natłuścił w procesie produkcji, dodał więcej dołów, przymasował perkusję, ale więcej już nic nie mówię... Bo się boję.


Kiedy opuściłem już mroczną, cierpiącą katusze i pogrążoną w rozpaczy Warszawę, natknąłem się na kolejną biesiadną trupę złożoną z wesołych chłopców. Tym razem z Trójmiasta. Jest to grupa Salviction ze swoim debiutanckim "Grief-stricken". Chciałbym powiedzieć, że panowie tryskają humorem, sadzą oberki i pogwizdują chyżo w rytm Marsylianki, ale byłoby to kłamstwo, bowiem album zespołu przypomina raczej opowieść o tym jak przeżyć w wielkim mieście za minimum krajowe, żywiąc się zeschłymi bułkami i paprykarzem szczecińskim. Brud i wściekłość są w muzyce Salviction permanentne, do tego wokalista zdzierający na potęgę gardło. Podgrywają mu masywne riffy i utrzymana w powolnym tempie sekcja. Coś jak post-metal, może modern metal z rodziny wczesnych Blindead. Jest w każdym razie ciężko i okrutnie, ale i na tyle dobrze, że każdy wielbiciel topornych i masywnych przemień powinien album trójmiejskiej świty znać.


Warto wspomnieć również o innym diable, dużo bardziej doświadczonym, i jego dziełku. "Behind the Windows" - Znakomity album od Wojciecha Hoffmanna, lidera grupy Turbo, był ozdobą lutego. "Behind the Windows" to płyta w stylu bogów gitary typu Satriani czy Vai (jest więc trochę fusion, trochę progrewynie), ale w mojej opinii dużo ciekawsza, bo o ile bogowie gitary jak małpy kuglarsko skaczą po gryfie, ale sensu w tym niewiele, chyba że sensem nazwiemy cyrkowe popisy, to Hoffman przy zachowaniu znakomitego warsztatu, wciąż potrafi tworzyć melodie i muzyczne opowieści (aż dziwne, że w moim ulubiony instrumentalu od Turbo, utworze "Bramy galaktyk", Hoffmann palców nie maczał). Materiał zaserwował Hoffmann klasy światowej, w dodatku zmiksowany i wyprodukowany w zgodzie ze współczesnymi standardami, czyli że brzmi to fantastycznie, dynamicznie i przestrzennie. Wrzucając swego czasu w odtwarzacz "Behind the Windows" nawet przez myśl mi nie przeszło, że może być aż tak światowo. Pozytywne zaskoczenie dodaje więc kolejnego plusika dla dzieła Hoffmanna. Gitarowi wymiatacze koniecznie powinni znać tą blaszeczkę.


Również lekturą obowiązkową każdego gitarzysty winien być "Wishful Lotus Proof". Jego autor, Jakub Żytecki, to jeden z tych gitarowych kosmitów, któremu w instrumencie jest zawsze o strunę za mało, więc w gitarze musi ich mieć siedem, co najmniej. Zasłyną wiosłowaniem w DispersE, a w 2015 roku, jako że zespół zrobił sobie krótką przerwę (trzeci krążek ponoć już się pichci), oddał pod osąd słuchaczy swój solowy debiut. No i co? No i zagranico znów podkradli i docenili, gdy tymczasem w polskim internecie jakoś ciężko znaleźć choćby króciutką recenzję "Wishful Lotus Proof". Dziwne, bo przy Żyteckim nawet John Petrucci poci się jak dzieciak przed wywiadówką. Na albumie Jakuba jest wprawdzie sporo wokali, ale nie ma co ukrywać, jest to płyta przede wszystkim gitarowa, w duchu fusion, a jeszcze bardziej to gitarowego progresywnego metalu - raz jest spokojniej, innym razem do gry wchodzą połamane, zmyślne riffy, a przy solówkach ewidentnie Żyteckiemu ktoś musiał pomagać, bo bez dziesięciu palców na gryfie takich rzeczy zagrać się nie da.

   

Może nie jest to do końca udane porównanie, ale jak myślę Żytecki, to od razu kojarzy mi się Widek i jego "Journey To The Stars" - ten muzyczny projekt też podkradła nam już zagranico, gdzie instrumentalne wojaże Widka są z wypiekami słuchane. Maciej Dawidek to mieszkaniec Gdańska i kolejne płyty produkuje we własnym mieszkaniu, gdzie założył studio nagraniowe (był odpowiedzialny między innymi za brzmienie płyty "Seven" grupy Underfate z tego zestawienia). Wydał już kilka krążków, ale za pełnowartościowe albumy długogrające nazwałbym dwa ostatnie - kosmiczne. Na początku był „Outside The Universe”, a w roku 2015 ukazał się "Journey To The Stars". Na tych kompakcikach wykrystalizowała się charakterystyczna, kosmiczna stylistyka Widka. Jego projekt (muzykę tworzy sam, nie licząc gościnnych występów) to wypadkowa progresywnego metalu z barwnym i niezwykle przestrzennym post rockiem. Kolorów tu w bród, tak jak i powietrza, muzycznej przestrzeni. Jeśli dodamy do tego bardzo ładną okładkę i kosmiczną "fabułę", to na pewno czuć w dźwiękach ową podróż do gwiazd, wycieczkę poprzez wszechświat. Na miejscu Widka bym jednak uważał, bo ostatnie filmy o podróżach kończą się raczej podobnie: ktoś przemierza galaktyki, przekracza czarne dziury, ląduje na Marsie, albo i w zupełnie innej międzygwiezdnej przestrzeni, ale gdziekolwiek by te kosmiczne podróże nie prowadziły, to na ich końcu międzyplanetarni podróżnicy i tak spotykają Matta Damona.

Jeśli jesteśmy w klimatach gitarujących solistów, to warto wspomnieć o Hubercie Torzewskim i jego debiucie. "The Expression" to niezobowiązujący, piosenkowy album utrzymany w estetyce progresywnego rocka, momentami prog-metalu w stylu bardzo wczesnych Dream Theater (utwory z pierwszoplanową rolą klawiszy jak cholera przypominają symfoniczno rockowe poczynania świty Johna Petrucciego z instrumentalnych utworów na "Metropolis pt.2" czy "Six Degrees"), czasem też mocno podkolorowanego TOTO, albo i zespołu Asia. Pogodny klimat, pastelowe, baśniowe klawisze, połamana perkusja, wysoki wokal serwujący przyjemne, emocjonalne melodie. Miło się tego debiutu Poznaniaka, Huberta Torzewskiego (który sam album zmajstrował) słucha, a poza tym kompakt sam w sobie ładnie wygląda - zdobiące go prace Miłosza Kawalera są naprawdę fantastyczne. Niewielu jeszcze album Huberta słyszało, a pewnie jestem też jedną z pierwszych osób, która o nim pisze. Podsumuję, że warto posłuchać, tym bardziej, że Torzewski umieścił płytę na youtube, a przecież wielu z nas tęskni za Dream Theater z czasów, gdy nie zjadali jeszcze własnych odchodów.


W tym miejscu warto wspomnieć o innym wyjątkowo barwnym wydawnictwie. "The Adekaem" od grupy – a jakże! - The Adekaem to bajkowa neoprogresja upstrzona tysiącem skrzących się jarmarcznie barw, które ulatują z klawiszy Andrzeja Bielasy jak wyjątkowo malownicze fajerwerki. Klimatem przypominają się te bardziej melodyjne albumy Yes, a z późniejszych to wczesne płyty Marillionu. Dodatkowo panowie mają miłe odjazdy w stronę fusion i pop-rocka, przez co skutecznie unikają nadmuchiwania balonika powagi i patosu. Ogólnie muzyka brzmi bardzo sympatycznie, kolorowo, powiedziałbym że cyrkowo. No i wokale Romana Kańtocha są niesamowicie melodyjne, myślę że barwa, dynamizm i swoista teatralność głosu Kańtocha pasuje bardziej do neoprogresywnego, więc z natury nieco aktorskiego, The Adekaem niż hard rockowego Kruka, gdzie Roman obecnie zdziera gardło.

Ależ w 2015 roku nawrzucali do gatunkowego kociołka Gdańszczanie z Sea Vine na swoim drugim albumie "Król i Królowa". Czego tu nie ma? Synth-pop, dark wave, art-rock, prog-rock, jazz rock, może nawet space rock, na pewno sporo awangardy. Mnie się to kojarzy z wojażami Józefa Skrzeka, głównie za sprawą cudownie ciepłego, analogowego brzmienia instrumentów klawiszowych. Wydany przez Lynx Music debiut był dziełem instrumentalnym, a na "Król i Królowa" zespół zaprosił Milenę Szymańską do mikrofonu. Jest na pewno różnorodniej. Również ambitnie, bo jednak Sea Vine nie grają muzyki łatwej. Baraszkują gdzieś w rejonach mocno awangardowych, przeznaczonych dla wybrańców i muzycznych freaków. Tony Banks i Rick Wakeman na pewno chętnie posłuchaliby "Króla i Królową".

A jakieś takie dobre rocki to się u nas grało? 

A jakże! 

„Rear Window” chociażby. Trzej panowie wchodzący w skład warszawskiego Magnificent Muttley bez wątpienia nosili kiedyś koszulki z Nirvaną i interesowali się twórczością Scotta Stappa, może nawet odwiedzili parę razy knajpę dla kierowców ciężarówek gdzieś na pustkowiu Texasu. Prócz brzmienia garażowego grunge'u, Magnificenci przesiąkli stoner rockowym piachem, bo i ich muzykę można by bez większych przeszkód wrzucić do któregoś z odcinków "Synów Anarchii". Jest w tym graniu coś z Creed, Queens of The Stone Age, Soundgarden, Alice in Chains, a nawet wściekłość Nirvany. Przy okazji poprzedniego krążka, a właściwie epki "Little Giant", można się było dosłuchać klasycznych naleciałości - tu jest tego mniej, ale wciąż da się odnaleźć odległe echa ciężkich gitarowych riffów Black Sabbath, psychodeliczne odjazdy apokaliptycznych The Doors, a wreszcie, albo i przede wszystkim, hendrixowskie improwizacje.


W bardzo podobnych klimatach obraca się grupa Cochise. W 2015 roku zaserwowała absolutnie znakomity album "The Sun Also Rises For Unicorns". Mimo że nie pochodzą z Seattle, a i nie grają od początku lat 90', to wskrzeszają wszystko co najlepsze z grungeowej estetyki. Białostocki zespół miał trochę utrudnioną drogę, bowiem za mikrofonem stoi aktor, Paweł Małaszyński, więc z natury rzeczy nikt z branży nie traktował Cochise jakoś specjalnie poważnie. Te kilka lat istnienia grupy odsiało ziarno od plewa i nie ma już chyba nikogo, kto na polskim poletku rockowych brzmień nie liczyłby się z twórczością zespołu. Mało tego! Gitarzenie od Cochise to dziś jedno z najznakomitszych brzmień polskiego hard rocka, a i sam Małaszyński stał się wokalistą "lepszego sortu", prawdziwie charyzmatycznym frontmanem, potrafiącym w wokale wcisnąć sporo teatralnego zadęcia. "Jednorożec" to kolejna kapitalna płytka od Białostoczan!


Przy okazji rozprawiania o brzmieniach rockowych grzechem byłoby nie przywołać rocka lżejszego może kalibru, ale wciąż soczystego. O, chociażby Rusty Cage i ich "Walk of Shame". Rusty Cage przebojowi byli od początku, ale nigdy wcześniej kompozycje nie miały aż tak potężnego potencjału radiowego. Właściwie każdy kawałek z "Walk of Shame" to murowany hit, który dodatkowo nie zamyka się w ramach gatunkowości - powinien spodobać się nie tylko fanom Guns N'Roses, ale i Muse. Nawet gustujący w mainstreamie popu znaleźliby na "Walk of Shame" melodie dla siebie. Nie jest to bynajmniej zarzut, lecz argument świadczący o elastyczności i smykałce do tworzenia pierwszorzędnych i wciąż nie trącących kiczem piosenek. Wszystko to podano w towarzystwie świetnego instrumentarium: porządnych riffów i równie udanych, zadziornych solówek; świetnej, żywiołowej sekcji; a również niezwykle chwytliwych wokali Krzysztofa Grześkiewicza. Skład i umiejętności godne koncertowej bestii.


Fajną płytkę "The Wolf in the Lion's Fur" nagrał Sons of a Witch - 11 numerów od toruńskiego zespołu, który nasłuchał się Mars Volty i Red Hot Chilli Peppers, a mnie osobiście z bliżej nieprzemyślanych przyczyn kojarzący się z Rival Sons, choć chłopaki wcale nie grają hard czy blues rocka, ale duch Jay'a Buchanana wisi nad całością. Ogólnie wypadkowa lekkiego rocka i funku, której po prostu znakomicie się słucha. Bas pulsuje w najlepsze, wokal serwuje przyjemne melodie, muzyka jest charakterna, bardzo wciągająca, o zupełnie niezobowiązującym charakterze. O tym wszystkim można się przekonać samemu, bo na http://sonsofawitch.bandcamp.com/ zespół oddał słuchaczom album do pobrania za darmo. Tym bardziej szkoda, co jest chyba pewną klątwą u wielu polskich kapel, że po wydaniu debiutu "The Wolf in the Lion's Fur" Sons of a Witch zapadli się pod ziemię. Nie ma strony, facebook milczy. Całe szczęście, że muzyka pozostała, bo koniecznie musicie jej posłuchać.

Na pewno nie próżnują chłopaki z Dice, którzy w 2015 nagrali „Paradice". Od czasów debiutanckiego albumu "Stara historia" (2013), muzyka kwartetu ze Stargardu Szczecińskiego sporo się zmieniła. Przede wszystkim czwórka zatwardziałych, wręcz programowych, hard rockowych biboszy przekształciła się w rockowych dżentelmenów. Panowie nieco spokornieli, złagodzili brzmienie, puścili zalotny uśmieszek w stronę grania bardziej melodyjnego, z aspiracjami radiowymi. Hard rockowe zapędy zespołu wzbogacono o wiele przyjaźniejsze dla ucha nawet niedzielnego słuchacza linie wokalne, przywodzą one na myśl polski rock lat '80 - trochę Perfect, trochę TSA, momentami pierwszy album Turbo, nowe oblicze Mechu, a utwór "Paradice" kojarzy się nawet z T.Love. Polecam tym bardziej, że wreszcie ktoś bez kompleksów śpiewa po polsku!


Warto posłuchać też "Black Hawk" od Mr. Pollak. To idealna płyta dla wszystkich wychowanych na mieniącej się tysiącem barw popkulturze lat 80. Na kinie akcji - koniecznie z VHSu - z Sylvestrem Stallonem, "Top Gunie", zdobionym syntezatorami hard rocku oraz gwiazdach rocka z potężnie natapirowanymi włosami, wciśniętych w skandalicznie za ciasne, skórzane spodnie. Pamiętacie muzykę z "Cobry" albo 3 i 4 część Rockiego? "Burning Heart" Survivorów? Wszystkie te pastelowe numery Kenny'ego Logginsa z "Danger Zone" na czele, przy którym z pomocą F-16 przyrodzenia mierzyli sobie Maverick i Iceman? Albo ścieżkę dźwiękową z kina kopanego, przede wszystkim w obowiązkowej scenie treningu, gdzie na tle błyszczących od potu muskułów zawsze podgrywały obtoczone w lukrowej polewie hard rocki. Pamiętacie "Hearts On Fire" albo "No Easy Way Out"? Albo numer "Best of the Best" Stubblefield & Hall z filmu "Najlepsi z najlepszych" i niezapomnianą scenę, gdy (UWAGA! SPOILER!) Alex Grady ze zwichniętym barkiem, spektakularnym kopniakiem posyła Sae Jin Kwona poza ring? Jeśli wiecie o czym mówię i macie w pamięci magiczny klimat tamtych czasów, znaczy, że "Black Hawk" to właśnie album dla was.

By wejść na poletko hard rocków, wspomnę że w roku 2015 nowym albumem powrócił niezwykle zasłużony dla polskiej sceny thrashmetalowej zespół Wolf Spider. "V" to pierwsza po 24 latach studyjna płyta - przypomnijmy, wcześniejszy "Hue of Evil" pochodzi z zapomnianego nawet przez najstarszych metali roku 1991, wtedy też odbył się koncert supportujący Deep Purple, a wreszcie zawieszenie działalności. Na całe szczęście grupa po tylu latach nie rozmieniła się na drobne i zaserwowała dawkę potężnej gitarowo-perkusyjnej młócki. Godzina nowego materiału to przede wszystkim techniczny thrash wymieszany z odrobiną progresywnego- i heavy metalu. Brzmi to fantastycznie, a jeszcze lepiej się słucha. Nie ma co ukrywać, że zespół zaserwował jeden z najlepszych polskich tegorocznych thrashów i udowodnił, że wciąż jest wyjątkowo jurnym zwierzakiem z jajami aż po same kostki. Rewelacyjna płyta.


Kolejną konkretną petardą, która wylądowała na polskim podwórzu rockowych brzmień jest grupa Mindfield, a huknęło aż miło rysując na niebie napis "(W)hole in the Head". Panowie przy okazji zasadzili solidnego kopniaka wielu zespołom z dużych wytwórni, pokazując gdzie ich miejsce. Soundgarden, Sepultura, Riverside, Tool, A Perfect Circle, Korn, Alice In Chains, Godsmack - to tylko słowa klucze, która mogą przybliżyć czytelnikom klimat nowego krążka Mindfield. To kapitalny, mocny, równy i chwytliwy album, który poziomem może konkurować z najlepszym premierami roku 2015. Jest głośno i soczyście, ale czasami też atmosferycznie i lirycznie. Na pewno różnorodnie, ale wciąż w specyficznym, nieco mrocznym, mindfieldowym klimacie. Koniecznie posłuchajcie tej płyty!

W zestawieniu nie mogłoby zabraknąć longplaya od J.D. Overdrive - "The Kindest of Deaths". Z kilku powodów. Raz, że uwielbiam to co chłopaki grają; dwa, uważam, że "Kindest" to najlepszą rzecz jaką nagrali; trzy, materiał jest wreszcie jak trzeba masywny, wystarczająco ocieka tłuszczem, gitary brzmią odpowiednio brudno, a sekcja w punkt masywnie. Do tego wokalista zdziera gardło jak nigdy wcześniej, jest wściekły jak minister Waszczykowski obserwując cyklistów i wegetarian. Takiego southern metalu oczekiwałem od J.D. Overdrive i wreszcie go dostałem. 

  

Były też dwie blaszeczki od krakowskiego wydawcy Lynx Music. Od dwóch różnych kapel, ale bezwzględnie czujących ten sam prog-metalowy klimat. Na początek Sadman Institute z debiutem "Revival". Gdy mówi się progresywny metal, znamienita część słuchaczy od razu ma na myśli Dream Theater - niestety, są to grzechy mainstreamu, za które gatunek musi sowicie płacić. Sadman Institute nie idzie w kierunku tej technicznej, instrumentalnie ekwilibrystycznej stylistyki. Zespół nie bawi się w zaskakujące drabinki na gryfie czy klawiszowe szaleństwa, a stara się raczej tworzyć klimat bliższy mrocznym wojażom A Perfect Circle, tyle że z pomocą bardziej standardowych, może nawet szablonowych środków. Nie śrubują też żadnych rekordów metrum trzymając się raczej tempa powolnego. Prócz czysto zaśpiewanych partii, sporo tu przekonującego growlingu (kto wie czy nawet nie bardziej przekonującego niż partie czyste). W pewnych wątkach swego muzycznego oblicza Sadman Institute przypomina grupę Opeth. Szkoda, że i tu objawiła się klątwa pierwszej płyty, bowiem zespół zaraz po wydaniu debiutu zaczął mieć poważne problemy kadrowe. W tej chwili są na etapie poszukiwań muzyków. Trzymam kciuki, wracajcie do nas szybko!

Drugą kapelą od Lynx jest Mechanism z fenomenalnym debiutem "Between The Words". Brzmią jak kapela kompletna. Mają charakterystycznego wokalistę z doprawdy świetną barwą, porządną żyletą w głosie, a do tego potrafiącego tak samo dobrze krzyczeć jak i śpiewać. Kiedy Rafał Stefanowski wchodzi w partie mocniej liryczne a nawet i podniosłe, dzieją się rzeczy piękne. Dla mnie numerem jednej tego znakomitego krążka jest to dziewięciominutowe opus magnum grupy, numer "Prize For Every Sin" z refrenem nieomal doskonałym, który ma tak cudnie płynny i ulotny zarazem charakter, że trudno nie popadać w zachwyty. Poza tym na krążku dzieje się bardzo dużo, czuć, że jest to rzecz z rodzaju koncept-albumów, bardzo przemyślana. Przerywniki pomiędzy utworami, jakieś fortepianowe preludia nadające klimatu, wreszcie historia zawarta w tekstach. No, udał się Mechanismowi ten album. Bezwzględnie jedna z progowych perełek roku 2015, a kolejny album już na ukończeniu!

   

Weedpecker - "II". Kolejna grupa, której z wypiekami słuchajo zagranico, a u nas tak trochę mniej. Dla warszawskiego Weedpecker to pewnie nawet lepiej, nie ma co ukrywać. W 2015 wydali drugi krążek, zatytułowany po prostu "II". A na krążku, drodzy państwo, cudeńka. Trochę garażowo-grunge'owo, ale i psychodelicznie w duchu lat 60. Na pewno brudnawo na modłę stoner rockową, czasem też metalowo. Bezwzględnie hipnotycznie i klimatycznie, muzyka dryfuje sobie w najlepsze, snuje się onirycznie, zabiera nas w jakieś dziwaczne przestworza, które pewnie mogło oglądać pokolenie dzieci kwiatów po zażyciu LSD. Coś dla fanów Graveyard albo Black Spiders, brzmiące w duchu rocka regresywnego ala Wolfmother czy Gentlemans Pistols. No klasa, po prostu klasa i bomba. Mam nadzieję, że Polacy jak najszybciej nauczą się słuchać takiej muzyki, szkoda, żeby zagranico odbierała nam kolejne narodowe dobra.

"Headache" od Trupa Trupa to podobne klimaty. Psychodeliczna, hipnotyczna, snuje się leniwie, świdruje pod czaszką jeszcze długi czas po ostatniej nucie, wwierca się w głowę, a brzmi jakby nagrano ją w brytyjskim studiu na przełomie lat 60/70 specjalizującym się w psychodelicznym rocku (echa Syda Barretta wiszą w powietrzu), co jest zadziwiające, bo grupa pochodzi ze współczesnego Gdańska i tam też płytę nagrywała. Wydał ich brytyjski Blue Tapes and X-Ray Records. Znaleźli się w wielu zestawieniach na najlepszy alternatywny album roku na całym świecie, a większość z czytających niniejsze zestawienie, pewnie nawet o nich nie słyszała. Znów zagranico ukradła nam dobro narodowe, bo za takie należy Trupa Trupa bezwzględnie uznać. 


W zestawieniu jest też bardzo sympatyczny album "Superluminal" od gdańskiej formacji Ampacity. O zespole często mówi się w kontekście space rocka. Osobiście umiejscowiłbym "Superluminal" w trochę innych rejonach: ot, instrumentalnym, klasycznym hard rocku z ukłonami w stronę NWOBHM, sporą dawką progresji i odrobiną psychodelii. Trochę jakby Rush, ale i nie do końca. Na pewno mogliby występować na scenie z jednym z ubiegłorocznych nominowanych, raciborskim The Gate. Mnie ten kompakcik wchodził wybornie i - nie ukrywajmy, bo i po co - swój charakterek skurczysyn ma.


Jedną z największych niespodzianek była dla mnie grupa Phedora, a właściwie to jej album "The House Of Ink". "Atramentowy dom" to doprawdy światowej klasy amerykański rock alternatywny - kuriozalnie - rodem z Lublina z całą masą potężnych gitarowych riffów łagodzonych wstawkami klawiszowymi i znakomitych wokali, które składają się na zbiór rasowych, charakternych i wyrazistych przebojów. Fakt, że chłopaki sami musieli się wydać woła o pomstę do nieba. Czasami świetna muzyka z aspiracjami do podboju zachodnich rynków po prostu leży na lubelskim deptaku. Wystarczy tylko się schylić. Gdyby grupę wydał jakiś zachodni label zapewne ich utwory hulałyby po listach przebojów gdzieś pomiędzy RED i Linkin Park. Tymczasem u nas Phedora próbuje zarobić choćby na realizację teledysku sprzedając swą muzykę drogami cyfrowymi. Jeśli lubicie RED, Linkin Park czy 30 Second to Mars jest olbrzymia szansa, że spodoba się wam i "The House of Ink". W swojej kategorii album jest absolutnie rewelacyjny i mógłby podbić świat!


Ze wszystkich niebanalnych albumów zaprezentowanych w zestawieniu, ten jest jednym z najbardziej niebanalnych: Kayanis - "Transmundane". Coś jakby łakomy kąsek dla fanów Vangelisa, ale byłoby to spore uproszczenie. Lubomir Jędrasik stworzył eklektyczną, wręcz szaloną mieszankę muzyki elektronicznej, ambientu, muzyki filmowej czy ilustracyjnej, progresji, art-rocka i pewnie jeszcze kilku innych, łączących się w wyśmienity pod względem smaku album "Transmundane". W pełni instrumentalne dzieło co rusz serwuje jakieś cudeńka czy dźwiękowe kąseczki. A to jakiś chór, to znowu pianinko pięknie podgrywa, klimat robią gęste klawisze, a melodii w tym wszystkim nieprzebranie. Na melodii przestwór oceanu - chciałoby się krzyknąć za klasykiem. I klimat. Jest klimat, bo i "Transmundane" to jeden z tych krążków, które z pomocą dźwięków tworzą światy.


W moje ucho trafiły też dwa kompakty post-rockowe, bardzo podobne pod względem klimatu, więc w tym miejscu pokuszę się o mały pojedynek. Myślę, że chłopaki z obu grup się na mnie nie pogniewają, bo oni się dobrze znają, trzymają sztamę, razem koncertowali, ciągnął ten sam wózek i odbierają na podobnych falach. Underfate kontra Besides. Z jednej strony debiutanci, którzy wyskoczyli z albumem "Seven" jak Filip z konopi, a z drugiej strony zaprawieni w bojach i z olbrzymim sukcesem medialnym na plecach, Besides z drugim albume "Everything is". Besides na pewno mieli coś do udowodnienia zarówno słuchaczom, jak i przede wszystkim sobie. Chcieliby powiedzieć, że gigantyczny sukces grupy to nie był przypadek, ciążyła na nich ogromna presja drugiej płyty (szczególnie gdy pierwsza zebrała tak entuzjastyczne opinie). Podołali. Po raz drugi nagrali piekielnie klimatyczny, pełen powietrza i przestrzeni album, na którym dzieją się niesamowite rzeczy i tworzą równie piękne muzyczne światy. Nie różni się to aż tak bardzo od debiutanckiego "we were so wrong" (2013), ale chyba nie oczekiwałem, że będzie inaczej, to jeszcze nie ten czas, bo formuła jaką grupa operuje wciąż robi niesamowite wrażenie, a sam materiał jest piekielnie równy i po prostu świetnie się go słucha. Z drugiej, strony pewnego dnia pojawiła się na moim biurku klimatycznie opakowana płytka "Seven" od grupy Underfate. Nie wiedziałem czego się spodziewać, byli dla mnie totalną niespodzianką, bo gdy pierwsze nuty zaczęły sączyć się z głośników po prostu mnie oczarowało. Mało tego, czaruje tak mocno, że gdy już przestąpi się próg muzycznej krainy z albumu "Seven", to nie chce się jej opuszczać - tak jest uzależniający i tak hipnotyzujący. Przede wszystkim zaś sugestywny. Tu nawet nie chodzi o melodię czy konkretne utwory, ale raczej o nieprzeciętnie subtelne, eteryczne i łagodne brzmienie. Pełne powietrza, przestrzenne, lekko wycofane, a dodatkowo utrzymane w przydymionej niepokojem i tajemnicą tonacji kolorystycznej. Senna atmosfera albumu "Seven" nie odpuszcza ani na sekundę, budując przy tym klimat muzycznej opowieści serwowanej przez kwartet instrumentalistów - bo trzeba jasno zaznaczyć, że "Seven" to album instrumentalny, a zarazem koncept - w dołączonej książeczce, przy każdym z utworów widnieje prozatorski fragment wyjaśniający, co ilustrują dźwięki. Dlatego w tym mini pojedynku stawiam na Underfate, ale to właśnie z powodu wspomnianej wcześniej niespodzianki jaką dla mnie byli. Mam nadzieję, że obie grupy wciąż będą trzymać się razem, bo ich wspólne koncerty muszą brzmieć i wyglądać oszałamiająco.

Od teraz nie ma przypadku. 

Zbliżamy się do finalistów, bo o ile wcześniejsze płyty uszeregowane były raczej przypadkowo, tak teraz nie ma już rzucania kostką, to w mojej opinii best of the best roku 2015. A zacznę od dwóch albumów mało rockowych, ale na pewno bardzo artowych.


Na pierwszy rzut idzie Fismoll z "Box Of Feathers". To niezwykle eteryczny i subtelna płyta na wyciszone wieczory przy kominku i kieliszku wina (nie mylić z piwskiem, do piwska są inne premiery z tego zestawienia). Nie tylko ze względu na okładkę nowy album Fismoll kojarzy mi się z Damienem Ricem. Jest tu gitara akustyczna, folkowe klimaty, sporo indie, proste, choć niezwykle barwne podkłady, stanowiące idealną podstawę pod piękne linie wokalne. Arkadiusz Glensk to rocznik 1994, wydał dwie płyty, ma zaledwie 21 lat, a już nagrywa tak dojrzałe, przeżarte tęsknotą numery, pozwalające mu powoli zdobywać świat (i nie inaczej!). "Box Of Feathers" to kolejna wspaniała płyta od tego młodego artysty. Dodajmy do tego fenomenalną produkcję Roberta Amiriana (niegdysiejszego wokalistę legendarnych College) i mamy płytę niemalże doskonałą.


Drugim takim nie do końca rockowym krążkiem jest "Strangelivv" Olivi Anny Livki. Dla mnie to najlepszy polski (choć niestety nie polskojęzyczny) POP z rodzaju tanecznych jaki wyszedł w ubiegłym roku, a może nawet w ciągu ostatniej dekady (do odtwarzacza z POPów wraca do mnie tylko znakomity "Wilderness" grupy Uniqplan sprzed 2 lat, reszta zapomina się po miesiącu od premiery). Olivia Livki to artystka kompletna. Ma swoje brzmienie, swój wizerunek, swoje wyczucie rytmu, porządnie ukształtowaną stylistykę, a przy tym jej muzyka jest cholernie charyzmatyczna i po prostu inna oraz oryginalna, przy zachowaniu melodyjności i radiowego charakterku. Coś jak Kate Bush z czasów świetności. Magia "Strangelivv" leży chyba w olbrzymim przywiązaniu do rytmu, bo Olivia wyczucie rytmu ma nieprzeciętne - w końcu całkiem niezła z niej basistka. Tu się zresztą nie ma co rozwodzić, tego trzeba posłuchać. Nóżka sama podskakuje, ciało rwie się do tańca, główka lata to w lewo, to w prawo. Do tego jest ciepło i radośnie, bo i Olivia to niesamowicie pogodna i zwariowana postać - nie umniejsza tego fakt, że uwielbiam na nią patrzeć jak tańczy w teledysku do "Abby Abby!". Dla mnie "Strangelivv" to małe, cholernie charyzmatyczne arcydziełko POPu, a najzabawniejsze, że to wcale nie najlepszy materiał od Olivii ("Tel Aviv" wciąż wyciera mną podłogę).


Wróćmy jednak na znajome tereny, bo tu już czeka ekipa z Zawiercia. Potężną progresywną bombę zaserwował Brain Connect na albumie "Think Different". To progresja w starym stylu, pełna rytmicznych połamańców, wpływów najbardziej objechanego jazz rocka i instrumentalnej wirtuozerii. Przypomina się Soft Machine czy Gentle Giant, ale w pełni instrumentalne, przy czym artyści prócz zręcznych paluszków mają w zanadrzu całą paletę pomysłów i po prostu świetnych melodii. Janek Mitoraj (obecnie gitarowy Osady Vida) wyprawia cuda na swojej gitarze, a za te wszystkie popisy dłużny nie pozostaje mu Krzysztof Walczyk (jeden z założycieli Kruka), odwdzięczając się pierwszorzędnymi tańcami na klawiszach. Najlepsze, że ta muzyka nie ma ograniczeń, jest w niej tyle przestrzeni i powietrza, że wiruje wszędzie naokoło; fantastycznie "Think Different" wyprodukowano, płyta brzmi znakomicie. Myślę, że to jedna z najlepszych ubiegłorocznych płyt fusion na świecie.

Z kolei chłopaki ze State Urge to trochę takie liski. Ich "Confrontation" umieściłem już w ubiegłorocznym plebiscycie, ale zaraz był raban, bo jak to w 2014 roku, skoro oficjalna premiera miała miejsce w pierwszych dniach stycznia roku 2015. Wymusili, żeby o nich pamiętać, a i szczerze mówiąc, to wcale nie musieli, bo i tak "Confrontation" wciąż do mnie wraca. Ma tu więc miejsce sytuacja bezprecedensowa, gdyż w plebiscycie na najlepszy krążek roku, jeden album nominowany jest już drugi rok z rzędu. W 2016 pewnie też będzie, a co mi tam. "Confrontation" przynosi niebanalną, pełną barw atmosferę; utwory zarówno przebojowe na modłę brytyjskiego rocka, jak i mocniej angażujące klimatem, hipnotyzujące w duchu art- i progresywnego rocka; serwuje absolutnie znakomitą warstwę instrumentalną, gdzie szczególne wrażenie robią przemyślane, chwytające za serce solówki gitarowe Marcina Cieślika oraz wszelkiej maści syntezatory Michała Tarkowskiego stanowiące o wyjątkowości gdyńskiej grupy. Wreszcie "Confrontation" wypełnione jest po brzegi świetnymi, charakternymi i po prostu przepięknymi liniami wokalnymi - Cieślik nie boi się epatować patosem, który w jego wydaniu absolutnie nie jest przerysowany, a raczej autentycznie przejmujący. Słyszy się o trzeciej płytce od State Urge, więc panowie, do zobaczenia za rok.


W czołówce nie mogło zabraknąć Riverside i ich opowieści o "Miłości, strachu i wehikule czasu". To taka obecność obowiązkowa, choć proszę nie łapać mnie za słówka, bo to nie tak, że Riverside być musi, bo to Riverside. Że niby z urzędu. Oni po prostu nagrali znakomity album i mówi to osoba, która właściwie przygodę z grupą zakończyła na "Second Life Syndrome", bo reszta jakoś mi nie podchodziła, nie czułem tych klimatów, był dla mnie zbyt duszny. Nowy Riverside jest bardziej rześki, nienapompowany niezdrowym mrokiem, bardziej melodyjny a mniej wydumany, wciąż pretensjonalny, ale już w ciekawszy sposób, bardziej melancholijnie rockowy, a w tylko niewielkim stopniu metalowy. Wystarczy powiedzieć, że Mariusz Duda nie układał tak dobrych wokali od czasu "Second Life Syndrome", takich, które zapadają w pamięć, a nie są jedynie pomrukami zamkniętego w ciemnym, pozbawionym prądu pokoju melancholika i oddanego czytelnika traktatów Nietzschego. Teraz Duda śpiewa tak, że chce się mu towarzyszyć, opowiada historię z pasją wytrawnego wodzireja - może i ma złamane serce, przepełnia go lęk, ale poznał tajemnicę wehikułu czasu, więc ma z czego lepić historię. Melodia to słowo klucz opisujące "Love, Fear And The Time Machine". Już dawno Riverside nie byli tak melodyjni zarówno na poziomie wokalu, jak i instrumentarium.


Ledwo zakończyła się opowieść o wehikule czasu, a tu zaczyna grać gdańskie Spoiwo z albumem "Salute Solitude". To bodaj jedna z najgłośniejszych ubiegłorocznych premier, a zarazem najbardziej istotny debiut. O "Bezpiecznej samotności" było naprawdę huczno w środowisku, nie tylko post-rockowym, ale ogólnie, muzyki niezależnej. Zespół oczywiście anonimowy nie był, ale wiele podobnych w tym zestawieniu się znalazło, a mimo wszystko nie odpalili z taką pompą jak Spoiwo. Gdańszczanie grają muzykę trudną, nawet jak na post-rockowe standardy, choć unikałbym akurat takiego szufladkowania, bo materiał z "Salute Solitude" jest jak na post-rock dość awangardowy. Zaczyna się jak Vangelis z czasów "Blade Runnera", później trzyma klimat Clinta Mansella ze "Źródła", jest dużo post-rocka, ale wymieszanego z ambientem i muzyką filmową. Najlepsze w muzyce Spoiwa jest to, że brzmi ona potężnie. Naprawdę POTĘŻNIE! I gęsto. Tam nie ma chwili ciszy. Klawisze są tak gęste, że się człowiek od nich lepi. Sekcja tworzy taką ścianę dźwięku, że potrzeba by chyba rozpędzonego tankowca, by ją choćby zarysować. No i klimat budowany poprzez nieprzebraną przestrzeń w tych dźwiękach. Mały muzyczny traktat o samotności - tak można by napisać o tej półgodzinnej, instrumentalnej płytce. Doprawdy, uczta dla ucha i duszy. Absolutna lektura obowiązkowa z roku 2015, wyznaczająca nowe granice polskiego post-rocka, bowiem każdy wykonawca z tego gatunku musi się z "Salute Solitude" obeznać i liczyć, a najlepiej to inspirować.


"Mimetic Desires" to z kolei bardzo elegancka, może nawet dostojna płyta od podkarpackiego zespołu Arlon. Panowie nie miotają się w swoich poczynaniach jak zagubione owieczki, ale z poważnymi minami misternie tkają swoje utwory, zdaje się, że wszystko zostało tu przemyślane i omówione kilkakrotnie, nim nadano utworom ostateczny kształt. Album brzmi po prostu piekielnie mądrze. Został zmyślnie poprowadzony, a sami muzycy na pewno nie oddali swego dzieła we władanie przypadku. Wystarczy zerknąć jak inteligentnie dobrali gości, którzy ubarwili ich utwory. Od orkiestry Sinfonietta Consonus pod batutą Michała Mierzejewskiego dodającej muzyce monumentalności i dostojeństwa, po przemyski Chór Kameralny dowodzony przez Andrzeja Gurona, który nadał dźwiękom podniosłego charakteru. Do tego jeszcze saksofon odpowiedzialnego za większość materiału Jacka Szotta (bomba, proszę państwa, bomba!) i bardzo w duchu Nicka Barretta z Pendragon wokal Wojciecha Mandzyna. Składa się to na bardzo spokojną, elegancką, choć wciąż uduchowioną progresję z naleciałościami art-rockowymi, co oczywiście nie przeszkadza muzykom w robieniu sobie interesujących, progresywnych wycieczek instrumentalnych, a i tu i ówdzie uraczyć soczystym prog-metalowym riffem. Doprawdy, wielka płyta i niskie ukłony dla Arlon.

No i co teraz? Ano podium. Podium, drodzy państwo, a na wszystkich stopniach pudła… DEBIUTANCI. Tak jakby. 

3.

Miejsce trzecie należy do Whitewater i ich „Small Town Violence”. Wraz z pojawieniem się "Small Town Violence", na scenie gitarowego grania wybuchła prawdziwa rockowa petarda. Mało powiedziane! Jest to materiał tak niestabilny i czuły na każdy ruch jak nitrogliceryna. Jakiejkolwiek bombowej metaforyki by się nie trzymać, trzeba powiedzieć, że krążek od Whitewater to wielkie wydarzenie skali światowej. Co stanie się, gdy siła nie do zatrzymania natrafi na swej drodze obiekt nie do pokonania? - tak pytał niejeden filozof i logik, gdy tymczasem abstrakcyjna sytuacja została sprowadzona do laboratoryjnego doświadczenia. Oto bowiem na drodze Jasona Barwicka stanęło trzech muzyków z podpoznańskiego Śremia, wcześniej grających pierwszorzędny hard rock w grupie K=I=W=I. Gwoli wyjaśnienia, Jason Barwick to lider i zarazem siła napędowa brytyjskich dziedziców spuścizny ciężkiego rocka lat '70, zespołu The Brew. Dość nieoczekiwanie w przypadku Whitewater zagrało dosłownie wszystko. Świetne, potężne instrumentarium, gdzie właściwie każdy z muzyków odwala niesamowitą robotę: gęsta perkusja, doskonale słyszalny bas, zadziorne gitary serwujące elektryzujące riffy i barwne solówki. Do tego ten niesamowity Jason Barwick i jego perfekcyjne linie wokalne - pierwsza liga światowa! Dodatkowo fantastyczne zaplecze trudziło się nad albumem, bo "Small Town Violence" nie robiłoby tak oszałamiającego wrażenia, gdyby nie wyciśnięto z muzyki tak nieprawdopodobnie zadziornego brzmienia - ukłony szacunku w stronę realizatorów dźwięku z Vintage Records i Karlinstudio. Zasłużone miejsce na podium!

2.

A któż to czai się na miejscu drugim? Ano płyta, która pojawiła się znikąd. „Hiraeth” zespołu Lion Shepherd. Patrzcie państwo jak pręży muskuły, jaka jest z siebie dumna! I nic dziwnego! Jest to debiut, ale chyba tylko połowicznie, bo Lion Shepherd to twór Kamila Haidara i Mateusza Owczarka - trzonu grupy Maqama.  Wydaje się jednak, że Maqama - jakkolwiek band oryginalny i z wyższej półki - to była tylko przymiarka do tego co panowie zrobili pod banderą Lion Shepherd. Bezwzględnie dojrzeli muzycznie, przestali się buntować i grać głośno dla samej głośności, wyciszyli nieco instrumenty i postawili na gęsty niczym londyńska mgła w zaułkach Whitechapel klimat. "Hiraeth" porównałbym do wczesnego Riverside, ma w sobie również tę szarawą barwę z "Damnation" Opeth, ale też coś z melancholijnej atmosfery Anathemy i Alternative 4, oraz głębię Blindead z płyty "Absence" i garażowego brudu Toola. Jest to muzyka zamyślona, zadumana, refleksyjna, utrzymana w klimacie czarno-białego, zamglonego zdjęcia (wystarczy spojrzeć na okładkę), na pewno duszna, w pewien sposób majestatyczna i melancholijna, może nawet na baśniowy sposób tajemnicza - "hiraeth" to po walijsku "nostalgia", albo "tęsknota". Potrafi przy tym przykopać porządnie przesterowaną gitarą i śpiewem Haidara. Pięknie to wszystko gra w zestawieniu z całą paletą odniesień do muzyki orientalnej i world music, również delikatnej elektroniki i psychodelii. Spaja się to w niezwykle wyszukany art-rock z dominującą gitarą akustyczną, potrafiący być zarówno głośny, emocjonalny, ale i wyciszony, atmosferyczny oraz obrazowy. Wiem, że do mojego odtwarzacza ten krążek będzie wracał latami, bo i tę muzykę warto pamiętać.

1.

No i dawać zwycięzcę. Dawać koronę! Sypać konfetti i odpalać fajerwerki, oto bowiem na NAJWYŻSZYM STOPNIU PODIUM staje tegoroczny mistrz. Jest i on:

 „Limbosis” od grupy Abstrakt.


Ten album nie będzie się kręcił w odtwarzacz non stop. Sam będę wracał do niego rzadko, bo muzykę takiego kalibru trzeba dawkować, poświęcać jej maksimum uwagi i dużo czasu (płyta trwa ponad 70 minut). To trochę tak jak z „Czasem Apokalipsy” Coppoli, albo „Czarodziejską Górą” Manna. Po sztukę takiego poziomu nie wraca się od tak sobie, z braku lepszych zajęć. Nie łapię się od tak sobie, bez uprzedniego przygotowania „Braci Karamazow” z półki, z myślą: „A, pieprznę sobie dziś Dostojewskiego”. „Limbosis” nie jest albumem rozrywkowym, jest piekielnie ciężki percepcyjnie, wprowadza w mroczny i duszny świat, odsłania pesymistyczną naturę. Fantastyczne, niskie, może nawet grobowe wokale Krzysztofa Podsiadło nieziemsko przejmują, szczególnie gdy wokalista popisuje się patentowym łamaniem głosu i gościnnie hard rockowym falsetem. Do tego powolna, toporna sekcja z połamaną perkusją Łukasza Simińskiego i niezwykle istotną, może nawet nadspodziewanie istotną, rolą doskonale słyszalnego, momentami wybijającego się na pierwszy plan basu Jakuba Puszyńskiego (znanego z poznańskiej grupy post rockowej Beyond the Even Horizon). Do tego dochodzą niskie, ciężkie, mocno przesterowane i powolne gitarowe riffy Michała Fiałka. Zespół swoje muzyczne zapędy ubarwia dźwiękami pozamuzycznymi oraz - choćby - chórem dziecięcym (majestatyczny "Clockhouse" wgniata w ziemię). Wszystko to składa się na dzieło z zadęciem iście epickim, a poprzez profesjonalne podejście do tematu, dojrzałe kompozycje i spójny klimat, ciężko uwierzyć, że to właściwie album debiutancki. Grupa krąży po orbicie wielu gatunków, taplając się w post rocku, muzyce psychodelicznej, walcowatym metalu i progresywnym rocku, a z wszystkiego tka misterny koncept o nieprzeciętnie spójnej atmosferze rodem z nieco uwspółcześnionej wiktoriańskiej opowieści, wymieszanej z wybitnie odrealnionym, mrocznym snem.

Ten album podoba mnie się również z tego względu, że od samego początku stworzenie takiej płyty, było przedsięwzięciem nad wyraz ambitnym. Takim, które mogłoby przerosnąć niejednego scenicznego weterana. Takich krążków nie pisze się z dnia na dzień, to powolny, mozolny proces – całe tygodnie spędzone w ciasnej sali prób. A oni to nagrali, sami wydali i wypromowali (już w kilku światowych podsumowaniach „Limbosis” się znalazł). I oczywiście, płyta ma też swoje wady, ale o nich mówić nie będziemy. Nie wypada. Niechże nowy król zakłada koronę i cieszy się nią przez kolejny rok. Wiwat!

Czas dla fotoreporterów!



Jeszcze zdjęcie z ubiegłorocznym zwycięzcą


I na zakończenie prośba o polubienie Półki z Winylami na facebooku, 
o ile przekonało was moje zestawienie.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza