sobota, 14 stycznia 2017

Półkowy Polski Album Roku 2016 || PODSUMOWANIE


Nie, Brodki nie będzie. Kultu też. Ani nawet Eweliny Lisowskiej. Już widzę, te żądne krwi spojrzenia. Jakże to, Eweliny nie będzie?! Mało tego, nie będzie Riverside i Vadera – pierwszy mnie rozczarował, na drugim się nie znam. Będzie tylko to co chciałem by było, ale to nie znaczy, że nie ma rzeczy, które być powinny. Zawsze tłumaczę, że to ranking mój i niczyj inny, a jako osoba fizyczna mam swoje poczucie estetyki i 24 godzinną dobę, czyli że wielu rzeczy nie udało mi się przesłuchać.


Bo w polskiej muzyce dzieje się masa wspaniałości, o których mało kto słyszy. Tak wiele, że wszystkich poznać się nie da. Dlatego męczą mnie już te wyroki internetowych proroków, że polska muzyka to dno. Że chała. Chałę to wy w głowach macie, a poza tym lenie jesteście, bo wystarczy poszukać, a że wam się nie chce, to dalej głoście te swoje dyrdymały. Te swoje kłamstwa wynikłe albo z ignorancji, albo zwyczajnej niewiedzy. Tymi słowy zaczynam igrzyska o tytuł Półkowego Polskiego Albumu Roku 2016.

Nim jednak przejdziemy do nominacji, krótka uwaga. Klikając w nazwę zespołu odeśle was na jego stronę facebookową (dlaczego akurat na twarzaka? Bo tam znajdziecie wszystko co trzeba o grupie). Natomiast klik w okładkę odsyła do miejsca, gdzie można LEGALNIE i ZA ZGODĄ zespołu przesłuchać albumu, bądź pobrać, bo masa z tych płyt jest dostępna do darmowego odsłuchu. I żeby mi później narzekań nie było, że ciężko znaleźć.

Zachęcam również do polubienia Półki z Winylami na facebooku.

START

Zaczniemy nietypowo, bo od singla. Retrospective i ich "TEOTW". Nie będę ukrywał, mam większość rzeczy, które wypuścili muzycy z Leszna, wliczając w to niedostępny już mini-album "Spectrum of the Green Morning", kapitalny debiut "Stolen Thoughts", przez singiel "The End of The Winter Lethargy" zapowiadający świetny album "Lost in Perception". Teraz pora na "TEOTW" będący przedsmakiem przed trzecim albumem "Re:Search" - premiera w lutym, a sam krążek już zamówiłem w przedsprzedaży. Krótko mówiąc, nie ma we mnie obiektywizmu, bo jestem fanem tej kapeli, a "TEOTW" narobił mi smaku, bo prócz singlowego "The End of Their World" na krążku masa bonusów (koncertowe wykony + quasi-ambientowe próby gitarzysty Retrospective). Jeśli ktoś nie zna Retrospective to o polskim rocku progresywnym wie zgoła niewiele.


Na kolejną płytę trafiłem przypadkiem. [::], albo 4dots. Debiutanci z Warszawy. Album „aux::in” rusza z kopyta i już po drugim dźwięku słyszę, że ktoś mnie ostro wkręca. Debiutanci, choćby nie wiem jak utalentowani, tak nie zagrają. Zerkam na skład i sprawa staje się jasna. Chodkowski z  Phobh, Stankiewicz z Atrophia, Jarawka z Oneiric.  Dla kogo te nazwy nie są anonimowe, już wie, że [::] to musi być banda niezgorszy gagatków i nie w ciemię bitych muzyków. W istocie, tak właśnie jest. Jest to muzyka głośna, industrialna, na pewno z pierwiastkiem post w gatunku. Połamana rytmika nawiązuje do grania progresywnego, potężnie przesterowane gitary wskazują na metal, na pewno ze sporą domieszką eksperymentu (coś jak krakowska Ketha) i matematyki. Zespół potrafi zagrać naprawdę nisko! Tworzy przy tym gęstą sieć dźwięków, bo choć jest ich trzech, to wyjątkowo udanie potrafią zagospodarować strukturę utworu. [::] gra bardzo nowoczesną, zaawansowaną technicznie wersję industrialnego post-rocka/metalu. Bodaj jedną z najlepszych jakie słyszałem na naszym podwórku, bo chyba rzeczywiście tak jest, że tym debiutem panowie z [::] staranowali sobie drogę do post’nej ekstraklasy. Jestem pod olbrzymim wrażeniem tego co [::] zagrali i dlatego spieszę o zespole donieść i wam. Koniecznie „aux::in” posłuchajcie!

Jeśli już była mowa o 4dots to trzeba wspomnieć o Franq, bo to podobna stylistyka, zbliżone rejony muzycznej wyobraźni. Ciężko, masywnie, agresywnie, progresywnie, z połamaną rytmiką i kapitalnym warsztatem, do tego hipnotycznie i ze specyficznym, nieco mrocznym, industrialnym klimatem. "Earth Exhausted" to po prawdzie 20 minutowa EPka, druga w karierze Marcina Frankowicza, muzyka z Olsztyna, który zagrał tu na gitarach i basie - wspomagał go perkusista, Michał Młyński. Już te dwa krążki pokazują jak wiele do zaoferowania ma Frankowicz progresywnemu metalowi w Polsce.

Jeśli o prog-metalowych epkach mowa to porozmawiajmy o grupie Daima. Pochodzą z Sosnowca i należą do tej zacnej grupy instrumentalnych świrów, którym podczas wycieczek po gryfie zawsze jest o jedną strunę za mało. Gitarzysta musi więc mieć ich siedem, basista pięć, a perkusista nie liczy, bo ma to w poważaniu i na każdym kroku utrudnia kolegom z grupy życie, serwując połamane i porządnie zawiane rytmy. "Resurgence" to debiutancka epka. Panowie nie bawią się w kompromisy i swoją muzykę tworzą z pasją godną dzieciaków odkrywających świat. Progresywny metal flirtuje tu z ciemnobarwnym groove metalem oraz metalem o odcieniu industrialnym i postowym. Jest przy tym miejsce na wstawki jakby elektroniczne, djent i zatopione w post rocku gitarowe pasaże. Na świecie wielu jest miłośników polskich grup takich jak Proghma-C, Division By Zero czy Disperse - to takie nasze małe dobra narodowe. Daima należy do tej samej szkoły, tyle że stricte instrumentalnej i na dorobku.

   


Który to już album szczecińskiej formacji Quo Vadis? 9? Jak na niespełna trzydzieści lat istnienia to całkiem niezły dorobek. Tym bardziej, że Quo Vadis cały czas grają tak, że wielu młodszych i bardziej zbuntowanych mogłoby pozazdrościć im werwy. No kozaki i tyle. "Born To Die" również trzyma równy i wysoki poziom. Każdy fan thrash metalu powinien po tę płytę sięgnąć, wartością dodatnią będzie tu spora dawka technicznego, progresywnego metalu i śladowe acz słyszalne ilości death metalu.

Gdyby Scream Maker powstali pod koniec lat 80 w Wielkiej Brytanii bez wątpienia należeliby do nurtu NWOBHM (nowej fali brytyjskiego heavy metalu). A że powstali w Warszawie roku 2010, to mówmy, że to po prostu klasyczny heavy metal. Raczej mniej drapieżny, a bardziej melodyjny. Znaczy, że bliżej im do Iron Maiden, a dalej do Judas Priest. Wokalista zresztą ma w głosie coś z maniery Bruce'a Dickinsona z przełomu XX i XXI wieku. "Back Against The World" to drugi krążek kapeli i bez wątpienia spodoba się każdemu, kto lubi dobrą melodię w porządnie rozszalałym heavy metalu. Prócz rasowych numerów opartych na sekcji imitującej koński galop, sporo tu klimatów zbliżonych do balladowych. Świetna płyta na rozbudzenie organizmu.



Z Warszawy jedziemy do Krakowa, bo tam ktoś porządnie decybele rozkręca.

Schaderian ubierają się na czarno, mają czarne instrumenty. Serduszka pewnie też mają czarne. Właśnie wychylili się z jakiejś mrocznej, krakowskiej piwnicy i zaserwowali debiutancki "Path". Album zapewne spodoba się fanom Katatonii. Mnie się spodobał z dwóch względów - jeden, wydali go w dniu moich urodzin, więc pięknie je uczcili; dwa, kapela jest bardzo nieoczywista. W sensie, że trochę jeszcze tej muzyce brakuje do profesjonalizmu, ale to co Schaderian grają na "Path" pokazuje, że są tu olbrzymie aspiracje i możliwości. Schaderian balansują na granicach różnych gatunków metalu: od thrash przez doom, od death po heavy. Kompozycje są porządnie zmajstrowane, skoki napięcia pierwszorzędnie poprowadzone, atmosfera odpowiednio nostalgiczna i mroczna, bez niezdrowej przesady. "Path" po prostu pokazuje spore możliwości Schaderian. Mam nadzieję, że kapela się rozwinie, bo wtedy będziemy mieć kawał świetnego zespołu.

  

W Krakowie gary porządnie obtłukują też goście z Extinkt. Ich debiutancki "Postnuclear Trip To Nowhere" to bardzo surowy, oldskulowy thrash metal (czasem też doomowy, czasem death metalowy) będący w założeniu muzyczną wariacją na temat przechadzki po postnukleanym świecie. I - do cholery! - kapeli udało się oddać ten klimat zniszczenia, wszędobylskiego pyłu i pustki. Poza tym tu nikt nie próbuje robić ze słuchaczy frajerów, jest z sercem i porządnym pieprznięciem. Tak jak to się dawniej w podziemiu grywało. W Krakowie masa piwnic, więc pewnie w jednej z nich można spotkać Extinkt jak się pierwszorzędnie wściekają. Gdybyście zobaczyli gdzieś poster z koncertem tej kapeli, to koniecznie wejdźcie. Rozpierducha gwarantowana!

Thunderation złowili mnie na intro. Dużo muzyki słucham po sieci, a jak to z internetami, tyle tam rzeczy, że ciężko na czymkolwiek się skupić. Przeskakuje więc po piosenkach i wyłapuje, czy coś dobrze gra. A tu poszło "Intro" i już zostałem z albumem "Where Are The People?" do końca. Poza tym na krążku dzieje się całkiem sporo różnorakich rzeczy. Bo niby wszystko kręci się wokół ciężkich gitar, czasem thrashowych, innym razem heavy metalowych, ale schodzi też na poletko progresywne i różnej maści alternatywy. Smaczku dodają koncept-albumowe przerywniki. Nie wiem gdzie zespół obecnie urzęduje, ale ich rodzinnym miastem jest... a jakże... Kraków. Wydaje się, że świetnie dogadaliby się z opisywanym wyżej Extinkt i tymi, którzy zaraz…

Bo z miasta smoka wawelskiego jest kolejny głośny, ziejący gitarowym ogniem zespół: Redback. Na albumie "Path Of Life" panowie krzeszą thrash metalowe riffy z wyjątkową łatwością, otłukują słuchacza tą pachnącą Testamentem surowizną, a na dodatek mają dość charakterystycznego wokalistę, który jest mocnym punktem rozpoznawalności stylu Redback. Tym samym zamkniemy metalizującą nieświętą czwórcę z Krakowa i przejdziemy w nieco inne rejony.

   

Może by tak Bydgoszcz?

Tam urzęduje Fractalmind. „Stainless” to solidny, a co najważniejsze, całkiem nieźle wyprodukowany, drugi album prog-metalowej formacji. Zespół zdaje się czerpać inspiracje przede wszystkim z niepokojącej stylistyki Toola i A Perfect Circle, choć zdarza im się powędrować również w rejony bliższe Dream Theater i Pain of Salvation. Myślę, że Fractalmind mogliby od czasu do czasu pozwolić sobie na szczyptę szaleństwa, adaptować jakieś elementy, które wprowadzałyby większą różnorodność w stylistycznych poczynaniach grupy, bo tak "Stainless" bywa płytą monotonną. Na całe szczęście rzecz jest na tyle dobrze zagrana i zaśpiewana, że w gruncie rzeczy krążek bydgoskiej kapeli był jednym z najjaśniejszych punktów wśród prog-metalowych polskich premier minionego roku.


A co byście powiedzieli na zespół z Warszawy, który gra amerykański rock klasy światowej? Wiecie, taki, że gdyby puścić grupę pomiędzy Foo Fighters i Queens of the Stone Age to by się ze swoją muzyką bez większych problemów obronili? Otóż takim bandem jest Killing Silence. Post-grunge, alternatywny rock, radiowy hard rock - w wielu stylistycznych bajkach obraca się kapela, ale bezsprzecznie mają nosa do pierwszorzędnych, wpadających w ucho melodii podlanych hard rockowym instrumentarium. Fakt, osobiście gdybym miał w zespole takie gitary, to wypchałbym je nieco z cienia wokalu, ale widocznie Killing Silence obrali trochę inny kierunek i trochę innego, bardziej skupionego na żwawej melodii niż gitarowym rzemiośle słuchacza. "Traces" to bez wątpienia debiut klasy światowej.


Zrobiło nam się w zestawieniu dość głośno, więc zaserwujmy sobie chwilę wytchnienia.

Blurry Silhouettes to taki nasz mały Blackfield. Duet złożony z Maćka Sochonia twórcy projektu Seasonal oraz Piotrka Trypusa, lidera formacji Starsabout. Trypus to sprawny wokalista, dysponujący ciepłym, eleganckim, gilmourowym wokalem, a Sochoń jak nikt inny potrafi grać klimatem na swoich klawiszach. Wyszła im płyta spokojna, stonowana, niezwykle atmosferyczna, pełna przestrzeni i art-rockowej melancholii. Muzycy grają właśnie art-rock, głównie akustyczny, z gęstymi syntezatorowymi tłami zbliżając tym samym muzykę do post-rocka. Jest też trochę progresywnie i folkowo, ale przede wszystkim klimatycznie. Lubię takie floydowskie klimaty i ciężko byłoby mi nie umieścić "Meetings" na liście, choćby dlatego, by wam o tym mało znanym projekcie opowiedzieć. Mają poniżej 100 lajków na twarzaku, powaga?!

   

Skoro już wspomniałem o skoku w bok Maćka Sochonia, to czemu by niby nie szepnąć słówka o jego pierworodnym, czyli Seasonal. Seasonal w mijającym 2016 również wypuścił album. "Last Songs". I rzeczywiście ta muzyka posiada melancholijną atmosferę ostatniej piosenki. Ambient, art-rock, post rock, ale przede wszystkim bajeczny, syntezatorowy klimat, który można ciąć siekierą, tak jest gęsty i tak nieprzenikniony. To muzyka ilustracyjna, bez wokalu, sączy się leniwie i tworzy światy. Po raz kolejny coś dla miłośników dźwięków pinkfloydopodobnych. W tej muzyce to można tylko tonąć i się rozpływać... również z zachwytu.

To teraz gitara:

Może i Wiktorowi Mazurkiewiczowi okładka do "Carpie Diem" nie wyszła, ale muzycznie to bez kozery fajne granie. Sporo wychodzi u nas takich płyt. W sensie od gitarzystów, którzy wszystko montują sami, a materiał nagrywają w zaciszu własnego pokoju, gdzie na ścianie wisi plakat Satrianiego albo Johna Petrucciego z lśniącą od potu klatą. To już pasja granicząca z szaleństwem, a przede wszystkim miłość do gitary, bo Wiktor Mazurkiewicz to właśnie jeden z tych świrów, którzy biorą do łapy gitarę i wyczyniają na jej gryfie kosmiczne rzeczy, które można by zawrzeć w granicach gitarowego rocka progresywnego. "Carpie Diem" to właśnie jeden z tych domowych produktów. Wchodzi gładko, bez popity, ryja nie wykrzywia, a momentami potrafi nawet przyprawić o ciarki na plecach. Graj i nagrywaj dalej Wiktor, bo świetnie ci to wychodzi!

   

Gitarzyści zamknięci w czterech ścianach własnego pokoju i nagrywający interesujące, pełne pasji płyty, to polska specjalność, a skoro już poruszyliśmy ten temat, to kolejnym takim facetem jest Adam Jędrzejczyk, pseudonim Nokk. Na EPce "The Circuit of Life" zagrał na gitarach i basie, do tego zaprogramował sobie perkusję. Ostatecznie nagrał bardzo fajny kawałek progresywnego metalu - taki w stylu Johna Petrucciego. Gdzieś tu wspomniani chłopaki z Daima potrzebują w swoich instrumentach dodatkową strunę, Nokk musi mieć dwie, czyli w gitarze osiem. Zresztą, obadajcie profil Nokka i obejrzyjcie na jakim potworze sobie pogrywa!

A znacie Resine? Projektów jak ten nie da się ocenić w jakiejkolwiek skali, gdyż jest to eksperyment. Nie da się wystawić oceny eksperymentowi. Może się on udać, bądź nie udać. Na wstępie już więc zaznaczmy, że "Resina" to eksperyment udany. Karolina Rec, nagrywająca jako Resina, to gdańszczanka, wiolonczelistka, która by grać, przeniosła się do Warszawy - stolica wyrwała ją z muzycznej stagnacji panującej w Gdańsku. Jest pierwszym artystą z Polski publikującym pod egidą Fat Cat - znaczącego dla muzyki niezależnej labelu, odkrywców choćby Sigur Ros i Animal Collective. "Przeszłam przez wszystkie szczeble klasycznej edukacji muzycznej i zawsze chciałam burzyć" - tak o swojej twórczości mówi absolwentka Akademii Muzycznej w Gdańsku. Założeniem "Resina" było połączenie dźwięków wiolonczeli z prostą elektroniką. Nie mówimy tu jednak o typowo klasycystycznym podejściu do instrumentu, ale wyszarpywaniu z kontrabasu różnorakich dźwięków: piłujących, skrzeczących, skrzypiących czy krzyczących. Niektórzy nazwaliby te harce neo-klasyką, inni post-klasyką, na pewno zaś eksperymentem. W większej części jest to niezwykle atmosferyczna impresja formą zbliżona do klimatów ambientowych, sączących się niespiesznie i tworzących gęste plamy obrazowych, niepokojących dźwięków. "Resina" to bez wątpienia muzyczne dziwadło, a że na Półce dziwaków się lubi i ceni, to Resiny nie mogło tu zabraknąć.


A teraz będzie zdarzenie bez precedensu. Po raz pierwszy dwie płyty jednego artysty lądują w Półkowym Polskim Albumie Roku. Cóż poradzić, skoro Przemysław Rudź tłucze te swoje blaszeczki w takim tempie, że ciężko nadążyć. W 2016 roku zaszczycił swoich słuchaczy dwiema: "Music for Stargazing" i "Let Them Float" - obie na swój sposób ujmujące i wystarczająco ciekawe, by o nich wspominać. Co gra Przemek? Elektronikę, ale taką z korzeniami sięgającymi do berlińskiej szkoły. Klaus Schulze, Edgar Froese i wszystko inne co związane z Tangerine Dream oraz Kraftwerk. Elektronika eksperymentalna, ambient, czasami elektroniczny rock. Nie są to rzeczy do potańczenia, ale ta scena wciąż ma swoich wielbicieli i słuchaczy, a Przemek jest bodaj jednym z najświetniejszych jej popularyzatorów i przedstawicieli w naszym kraju. Jego płyty to więc rzecz obowiązkowa dla wszystkich elektromaniaków tęskniących za syntezatorami rodem z Berlina lat 70.

   

Jako że Przemek jest z Gdańska, to jeszcze przez chwilę powdychajmy się nadbałtyckiego powietrza. Oni tam nad morzem lubią sobie pograć instrumentalny rock/metal. To chyba jakaś nowa forma szant, a scenę w takich klimatach mają tam ogromną. Oto bowiem kolejny trójmiejski zespół sięga po estetykę w pełni instrumentalnego post rocka - Feather Child. Mocno zdelayowane gitary, czasem przesterowane, innym razem łagodne i oniryczne; sporo budujących przestrzeń klawiszy i sekcja, która gdy się wyrwie ją z post rockowego letargu, lubi sobie porządnie poszaleć. "Inner Self Absence" to solidny debiut, a sama kapela po prostu pokazała papiery na pierwszorzędne granie. Koniecznie rozglądajcie się za plakatami na koncerty Feather Child.


Reprezentantem post-rocka jest również Mindsedge. Kapela niemłoda. Sędziwy dziesięciolatek. Na przestrzeni tej dekady nagrała dwie płyty. Po czterech latach od "Theta" trio powróciło z "Shades". Na artworku, w pustynnych pejzażach, płonące drzewo wyrwane z korzeniami. Gdyby się tak bliżej przyjrzeć, to te same korzenie były na okładce "Theta" - tylko, że prezentowane pod ziemią, w ciemności i przybliżeniu. Drugi krążek Mindsedge jest dużo jaśniejszy, pogodniejszy. Brzmienie zdecydowanie pojaśniało, a klimat stał się bardziej eteryczny, błękitny. O ile pierwsza część krążka jakoś specjalnie mnie nie przekonuje, to jego druga połowa to bez wątpienia porządny i solidny kawał post rocka. Wystarczająco kuszący by umieścić go w tym zestawieniu, ale do podium jeszcze sporo brakuje. Maniacy gatunku, a takich jest na pewno sporo, pewnie Mindsedge już znają, jeśli nie, to bez wątpienia muzycy z Góry Kalwaria czekają na nich z otwartymi ramionami.

Dosłownie rzutem na taśmę w Półkowym Polskim Albumie Roku 2016 zameldowała się formacja Glasgow Coma Scale. Kapela Piotra i Marka Kowalskich z Helmesem Bodem na perkusji podesłała mi swój debiutancki materiał ("Enter Oblivion") w styczniu. Dwa dni temu? Wierzcie bądź nie, ale nie zdążyłem im jeszcze nawet odpisać na maila. Z tego miejsca donoszę więc, że przesłuchałem i to jest Panowie dobre. To jest bardzo dobre, nawet jak na post rockowe standardy. Bardzo podoba mi się brzmienie formacji, bogate i przestrzenne. Zespół lubi sobie dryfować po spokojnych wodach melancholijnego post rocka i ambientu, ale jak trzeba to przyspiesza, nadaje utworom pieprznego, rockowego charakteru, przeradza je nawet w kompozycje z pogranicza grania progresywnego. Bardzo przekonują i podobają się te syntezatorowo-elektoniczne tła, które sobie Glasgow Coma Scale zaprogramowali i właściwie to one stanowią o wyjątkowości i kolorycie tego zespołu. Na "Enter Oblivion" po prostu nie jest nudno, nie jest monotonnie. To kawał kapitalnego, pełnego pomysłów grania!

   

Kolejna premiera, a zarazem debiut, z podwórka zimnokrwistego post rocka o industrialnym zabarwieniu, o którym trzeba wspomnieć. Fobia Inc. Wprawdzie tego gatunku nie da się wynaleźć na nowo, ale Białostocka kapela bez wątpienia ma papiery i pomysł na tego typu granie. "Astral Seasons" to album charakterystyczny pod względem brzmienia, ma swój specyficzny klimat, którego trzyma się przez całość materiału. Muzycy potrafią raz porządnie zagrzmieć głośniejszymi i mocniej przesterowanymi fragmentami, innym razem ciągnął nas w spokojniejsze, ale za to niezwykle atmosferyczne rejony. Jak to w post rocku. Jeśli ktoś lubi instrumentalne oblicze gatunku bez zastanowienia powinien wbić na twarzakowy profil grupy i zbierać łakocie od zespołu!



A teraz trochę gitary i elektroniki.

Kiedy ktoś wyskakuje z tak niebanalnym pomysłem, jakim jest projekt "Koldfusion", człowiek zaciska kciuki tak mocno, że mu kłykcie bieleją, a wszystko po to, by się udało, by było rzeczywiście tak ciekawie, jak się zapowiadało. Bo proszę sobie wyobrazić gitarzystkę, Aleksandrę Siemieniuk, która nie ukrywa, że ma hopla na punkcie sześciostrunówki, a na dodatek jeszcze bluesa i wszystkiego co od bluesa się wzięło - a przecież wszyscy wiemy, głosi to Stara Księga, że "na początku był blues, a dopiero później coś się tam działo, m.in. Elvis i dinozaury", choć niektórzy twierdzą, że dinozaury były sporo później. Z drugiej strony mamy producenta, Monomotiva, który szaleje w rytmie trip-hopu i funku. No i pięknie to wszystko gra. Tłusty bas, beaty z pogranicza trip-hopu i hip-hopu, rześkość oraz przebojowość funku, pewne naleciałości acid jazzu, trochę drum'n'bassu, a wreszcie żywe instrumentarium z gitarą Aleksandry na czele. Koniecznie posłuchajcie.


W podsumowaniu znalazł się też trzeci już studyjny krążek w dziesięcioletniej karierze stołecznego Love De Vice. Co oni właściwie grają? Najłatwiej powiedzieć, że rock, ale to szufladka zbyt ciasna, bo fakt, przesterowane gitary są na "Pills" najważniejsze, ale już sama konstrukcja utworów sugeruje, że grupa ma zakuski na granie rzeczy bardziej złożonych. Dużo tu hard rocka (riffy), art-rocka (za sprawą smyków i naprawdę porządnie poprowadzonych wokali), delikatnie pachnie też progresją i alternatywą. Nie wszystko co Love De Vice stworzyli na tym albumie mnie się podoba (przepuszczanie wokalu przez efekty powinno zostać zabronione pod karą chłosty), ale takie numery jak "Pills" czy "Best of Worlds" każą spoglądać na album przychylnym okiem. Tym bardziej, że jako całość słucha się tej muzyki doprawdy przednio.

Płyta od niestrudzonych popularyzatorów art-rocka w Polsce, wydawnictwa Lynx Music. Tym razem puścili w świat blaszeczkę bandu, który spokojnie mógłby zagrać na jednej scenie z naszymi sąsiadami z grupy RPWL, albo Blackfield. Klimaty więc skrajnie floydowskie. Backward Runners ze swoim debiutem w postaci "Another Day, Another Dream" to przedstawiciele melodyjnego, klimatycznego, pełnego ciepła i barw art-rocka z elementami popu. Przestrzenne, gęste klawisze; gitarowe pasaże; tempa raczej powolne i świetnie poprowadzone linie wokalne. Można się w tej muzyce zakochać, tak jest pełna ciepła, wytchnienia i zamyślenia. Steven Wilson pewnie byłby ukontentowany słuchając debiutanckiego krążka olsztyńskiego Backward Runners. Ja też byłem. Bardzo mnie się ta płyta podoba.


W tym roku nie mogło zabraknąć Spiral z „Bullets”. Tak drodzy Państwo, oni zgarnęli przed dwoma laty tytuł Półkowego Polskiego Albumu Roku. Nikt innych. Nie było to przecież tak dawno, gdy zachwycałem się przecudnym, baśniowym albumem "Cloud Kingdoms" od ekipy, która co prawda korzeniami z Podkarpacia, ale swoją muzyką bezwzględnie zasługującej na gromkie brawa w halach całego świata. W ubiegłym roku wrócili z albumem "Bullets" i Spiral znów czarują, tworzą te swoje muzyczne bajki skrzące się kolorami, z pomocą instrumentów wznoszą zaklęcia z nut i zabierają nas, jak tę Dorotkę, do krainy Oz. Zakładamy Srebrne Trzewiczki i mając za towarzysza podróży magiczny wokal Uli Wójcik, która robi za Blaszanego Drwala, Stracha na Wróble i Lwa w jednym, przeżywamy kolejne przygody. Raz to spokojniejsze, impresjonistyczny by zaraz stanąć oko w oko z naładowanym gitarowymi riffami cyklonem. I choć pięknie gra ten Spiral, to podwójnej korony nie będzie. Przynajmniej jeszcze nie teraz.


A teraz inni starzy znajomi. Sporo się w Archangelica zmieniło od niedawnego przecież albumu "Like a Drug" (2013). Właściwie to kapela jest już nie do poznania, to jakby inny zespół obracający się jednak w podobnej stylistyce. Ze starego składu pozostał tylko Maciej Engel, reszta załogi to natomiast nowe twarze i głosy. Czy ta czystka i totalne przewietrzenie zrobiły dobrze Archangelice? Chyba tak, w końcu znaleźli się w tym zestawieniu. Nowe oblicze warszawskiego zespołu ma w sobie coś charakterystycznego - jest to przede wszystkim głos Patrycji Mizerskiej, który ze względu na podobieństwo barwy kazałby zestawiać polską grupę z takim Evanescence, ale byłaby to spora pomyłka bo Archangelica jest bardziej prog/art-rockowa, nie dają do pieca, nie taplają się w estetyce dla nastolatków, ale grają dojrzałe i fajnie poukładane kompozycje ze specyficznym, wycofanym klimatem. Ja bym co prawda rozejrzał się za kimś kto popracowałby nad brzmieniem gitar, ale ogólnie "Tomorrow Starts Today" to świetna, atmosferyczna i posiadająca własną osobowość płyta. Nowy rozdział w historii formacji zapowiada się wybornie!

Aspiracje do zgarnięcia tytułu Półkowej Polskiej Płyty Roku 2016 zgłosił również Walfald z Wodzisławia Śląskiego. I to po raz drugi, bo jeśli pamiętacie podsumowanie roku 2014, to tam również formacja dzielnie walczyła. Zresztą, świadczy to tylko o tym, że Walfad są dobrzy w tym co robią. "Momentum" to kolejne potwierdzenie tej tezy. Album jest też nieco inny od tego co grupa grała wcześniej. Po pierwsze - całość jest zaśpiewana po polsku, więc jeśli zastanawiacie się jak brzmiałby Bryan Adams w polskojęzycznym repertuarze, to wokal Wojtka Ciuraja może wam dać tego namiastkę. Po drugie blaszka jest dużo spokojniejsza, rozleniwiona, może nawet sielska, bez dwóch zdań klimatyczna i kapitalnie wyprodukowana. Polski art-rock z najwyższej półki co się zowie. Nic dodać nic ująć i tylko pogratulować, że Walfad nie przestraszyli się trudnego przecież w śpiewaniu języka Mickiewicza i Norwida.


Jerzy Antczak znów to zrobił! Przypominam, że projekt ex-gitarzysty formacji Albion w roku 2014 już stał na półkowym podium. Teraz również jest blisko, bo Antczak po raz kolejny nagrał kapitalną płytę. Tytuł "String Theory" (teoria strun) może być nieco mylący, bo wprawdzie gitary są i rzeczywiście Georgius wie jak na nich grać, ale o sile i wyjątkowości wydawnictwa stanowią elektroniczne zapędy - takie w stylu Tangerine Dream. To co nie wypaliło na ostatnim Riverside, u Antczaka zagrało wyśmienicie. Poza tym, że Klausa Schulza Georgius ma w jednym palcu, to na dodatek te jego gitary, z których sączy się miłość do art-rocka i prog-rocka z czasów świetności gatunku i klimatów bliskich Pink Floyd. Do wokalu trzeba przywyknąć, ale poza tym kawał świetnego art-rockowego grania, skrzącego się tysiącem emocji.


Trzeci długogrający album („Masters of Second-guessing”) Krakowskiego cinemon to rockowa petarda imponującego formatu, która na dodatek huknęła jak trzeba. Klasyczne oblicze rock'n'rolla lat 70, rythm'n'blues, przefiltrowano przez lekko zachrypły grunge. Bez kombinowania, ale na charakterystycznie. Blaszeczka przypomina mi specyficzny miks Rush, Rival Sons i przybrudzonego rocka spod znaku Neila Younga. Dla tych którzy kochają oldskulowy rock pozycja wręcz obowiązkowa, bo mimo, że w Polsce mamy fantastycznej muzyki aż po czubek głowy - wbrew opiniom mało zorientowanych, niedzielnych słuchaczy Zetki, wieszczących, że polska muzyka to kawał wstydliwego tematu - to jednak porządnego rock'n'rolla tyle co kot napłakał. Takie kapele jak Rust i cinemon są nam cholernie potrzebne!

   

Wprost z Wrocławia do Półkowe Podsumowania przypełzł do nas Kosmiczny Ślimak (Spaceslug) i właściwie nazwa tej świetnej kapeli jest jednocześnie jej najlepszym opisem, najdobitniej ją definiuje. Wydali album „Lemanis”. Sporo w tej muzyce kosmosu space rocka, leniwego sludge metalu i ciągnącego się w nieskończoność doom metalu. Na dokładkę stoner metal. Jest w tej muzyce coś z brzmienia Black Sabbath - szczególnie gitara gra na modłę Iommi'ego. Wokalista coś tam sobie szepcze pod nosem, a sama muzyka ma tak genialną kosmiczno-apokaliptyczną atmosferę, że ciężko uwierzyć, że to po prawdzie debiut. Przecież tu wszystko gra jak trzeba, kupy się trzyma, jest ułożone, a poszczególne składowe kompozycji są na tyle dopracowane i dopasowane, że nie mogłoby wyjść spod palców czupurnych i nieopierzonych muzyków. A jednak. Jedna z ciekawszych premier ubiegłego roku!

Warszawska formacja Fertile Hump to idealny przykład jak niewiele trzeba by tworzyć znakomitą muzykę. Trochę rockową, trochę punkową, trochę bluesową - porządnie przybrudzoną i pełną gębą oldskulową. "Dead Heart" mogłoby wyjść spod skrzydeł The White Stripes, choć wokale Magdy Kramer są tak charakterystyczne, że Jack White mógłby się z zazdrości kocem nakryć. Zastanawia mnie też jakby zareagował Robert Johnson, gdyby usłyszał takie gitary. Fakt, jest to muzyka prosta, nawet banalna, ale podana w na tyle ciekawej otoczce i napchana takimi pokładami knajpianego klimatu, że obcowanie z tymi piosenkami to czysta i niczym nieskrępowana przyjemność. Ja uwielbiam tą płytę i wracam do niej przy każdej możliwej okazji. Najlepiej smakuje z podłą gorzałą.

   

Mamy na polskiej scenie kilka kapitalnych, stonerowych kapel, które nieustannie, z każdą kolejną płytą, podnoszą sobie poprzeczkę. Tym razem taki stonerowy podgrzybek wyrósł pod ściółką Olsztyna i nazywa się Traffic Junky. Debiut w postaci "Desert Carnivale" jest o tyle udany, że nie stara się ortodoksyjnie wcisnąć w gatunkowe ramy stoner rocka, a z niezwykłym wyczuciem myszkuje również po interesujących ich stylistykach, głównie klasycznym hard rocku. No i właśnie, riffy często unurzane są w posępnej atmosferze Black Sabbath - album zresztą zaczyna się w bardzo podobnym tonie jak debiut kapeli Osbourne’a, a Darek Krasowski w "The Ones That We Want" delikatnie bawi się wokalną manierą Ozzy’ego. Poza piaskowymi, doprawdy godnymi riffami, Traffic Junky, jak na stonerowe standardy, bardzo dobrze radzą sobie w graniu czysto instrumentalnym. Dużo tu przednich solówek w starym stylu, na dodatek nie spełniają one wyłącznie funkcji modelowej kompozycji utworu, którą po prostu trzeba zaliczyć i odhaczyć, ale idealnie budują strukturę utworów. Dla mnie to kapitalny debiut i od razu pierwsza liga polskiego hard rocka.

Obscure Sphinx i ich „epitaphs”. Nie mogło nie być! Post metal klasy arcymistrzowskiej. Jeszcze jakiś czas temu zastanawiałbym się, czy to Blindead czy może Obscure Sphinx powinien dzierżyć berło post metalowego króla w Polsce. Teraz, gdy Blindead jest już w zupełnie innym muzycznym świecie, zdaje się, że to właśnie Obscure Sphinx są najpotężniejszą grupą gatunku. Wielu się wydawało, że apogeum formy zespół zanotował przy okazji "Void Mother" (2013), ale ich najnowszy "Epitaphs" nawet jeśli nie przeskoczył swego znakomitego poprzednika, to jest przynajmniej dziełem równie udanym. Ta muzyka jest potężna, mroczna, dojmująca, ciężka i skąpana we wszelkich odcieniach pesymizmu. A Zofia Fraś na wokalu jest po prostu genialna!

   

Dla Tides From Nebula rok 2016 był szczególnie udany, bo pojechali na olbrzymią, ogólnoświatową trasę, podczas której zbierali niezwykle cenne doświadczenie, a do tego jeszcze wypuścili czwarty w swojej ośmioletniej karierze krążek. Zespół wyprodukował "Safehaven" sam, nagrał w swoim Nebula Studio, tak jak debiut, a i brzmieniem trochę jakby chcieli przypomnieć czasy "Aura" (2009), nie zapominając oczywiście o wszelkiej maści lekcjach pobranych od najlepszych. Wszystkie te doświadczenia skumulowały się na "Safehaven" i złożyły w naprawdę kawał kapitalnej, wielowymiarowej i potężnie brzmiącej muzyki. Fakt, krążek jest bardziej zamyślony, zadumany, mocniej melancholijny niż poprzedniczki, ale to też nadaje mu charakteru i tonu. Na blaszeczce dzieje się sporo godnych rzeczy, bo jest i deszcz brzmień cięższych i mocniejszych riffów, ale są też fragmenty ambientowe, wyciszone; bywa elektronicznie, a również charakterystycznie post-rockowo, czasem nawet prog-rockowo. Syntezatory, gitary, rewelacyjna sekcja - wszystko to składa się na gęstą sieć dźwięków o niepowtarzalnej atmosferze, głębokim brzmieniu i przestrzeni. Tides From Nebula po raz kolejny zabrali swoich słuchaczy w fascynującą podróż, nieustannie grają dźwiękiem na emocjach i tworzą muzyką doskonałe pejzaże.

A teraz, drodzy państwo, zespół You Know What . Klimatyczna, artystyczna, awangardowa, pewnie też wirtuozerska, a przede wszystkim szalenie pociągająca w swoim formalnym dziwactwie. "Twenty Hidden Bodies" to bodaj jedno z najbardziej zadziwiających zjawisk na polskiej scenie art/prog rockowej od bardzo dawna. Robi się jeszcze ciekawiej, gdy uświadomimy sobie, że autorami tego albumu są dwaj muzycy, którzy w chwili premiery krążka nie mogli jeszcze legalnie kupić piwa. Milan Rabij jest mózgiem projektu, a przy tym niezwykle wprawnym perkusistą o charakterystycznym stylu gry. Pomagał mu Jakub Zuber, bardzo dobry technicznie gitarzysta, który momentami wycina tak skandalicznie udane solówki. "Twenty Hidden Bodies" to zresztą nie tylko muzyka, ale projekt muzyczno-literacki, zaczyna się bowiem od opowiadania, które ilustrują dźwięki. Jako taki krążek jest więc koncept albumem opowiadającym historię z pogranicza szaleństwa, religijnego fanatyzmu, schizofrenii, horroru i thrillera. Sama próba opisania muzyki jest trochę jakby recenzenckim strzałem w stopę. Można by powiedzieć, że Rabij i Zuber grają progresywny rock i nie byłoby to kłamstwo, bo grają, ale inny niźli jesteśmy przyzwyczajeni, bo skąpany w solidnej porcji awangardy. Masa tu dźwięków pozamuzycznych idealnie budujących posępny charakter krążka, połamanej sekcji i gitarowych eskapad. Szaleństwo jest tu niemal materialne, jego duch unosi się wokół utworów, jest gęsty i zwalisty. Tak, nie ukrywam, że jestem zafascynowany tym co zrobiła dwójka młodych muzyków. Bo to coś innego, coś nowego, coś świeżego i zupełnie nieszablonowego.



Zbliżamy się do finału i od tego momentu jest cholernie ciasno. Wszystkie te płyty otarły się o podium, bo reprezentują poziom tak wysoki, że ciężko było wyłonić zwycięzcę.


Na początek ścisłej czołówki drugi album warszawskiej formacji Niechęć zatytułowany po prostu „Niechęć”. To wielkie wydarzenie w kalendarzu premier muzycznej awangardy i alternatywy. Acid jazz, fusion, rock progresywny, rock i jazz awangardowy, jazz nowoczesny, jazz saksofonowy. Piekielnie dużo gatunkowych szufladek trzeba otworzyć by gdzieś spasować Niechęć, a oni wciąż nie pasują nigdzie. Awangarda w najlepszym wydaniu, pełna szaleństwa improwizacji, instrumentalnej pasji, muzycznej dzikości. Light Coorporation i Orange The Juice dorobili się kolejnego konkurenta na scenie post-jazzowego dziwactwa. Ta płyta jest bez dwóch zdań wybitna.


W 2016 wreszcie doczekaliśmy się polskiej supergrupy z prawdziwego zdarzenia. Trio Meller Gołyźniak Duda. Kto by się spodziewał, że Maciej Gołyźniak (prawdziwy gwiazdor na "Breaking Habits"), kojarzony raczej z alternatywnym popem/rockiem, okaże się kapitalnym bębniarzem hard rockowym, w każdym numerze otłukującym bębny z gracją bez mała Bonhama albo Keitha Moona. Maciek Meller natomiast, który jest niejako uczniem gitarowej szkoły Gilmoura i Rothery’ego, zacznie krzesać pachnące klasyką hard rocka riffy. Jest jeszcze Mariusz Duda - co prawda nie z jednego pieca chleb już jadał, ale jakoś nie pozwalał sobie na wycieczki w stronę tak gęstej psychodelii, a i nigdy wcześniej nie miał możliwości tak beztrosko pohasać sobie po gatunkowych łąkach. Materiał nagrywany był na setkę i to słychać. Improwizacje ciągną numery w różnorakie terytoria, ale bez różnicy czy jest to hard rock czy rock psychodeliczny, smakują wybornie. "Breaking Habits" to fantastyczna niespodzianka od świetnych muzyków, którzy przełamali stylistyczne bariery i pokazali się od strony, od której ich do tej pory nie znaliśmy.


Two Timer to moje małe odkrycie ubiegłego roku. Drugi album „The Big Ass Beer To Go” jest pierwszym, który przesłuchałem i stała się miłość. Jakby to powiedział premier Marcinkiewicz: YES YES YES! Zamglony, może nawet garażowy, przybrudzony i unurzany w knajpianej, gęstej od papierosowego dymu i zapachu gorzały atmosferze blues rock w stylu chicagowskim. A do tego jest harmonijka, a jak jest harmonijka to ja nie mam pytań. Przed harmonijką zawsze biję pokłony, bo uwielbiam ten instrument. Po prostu "The Big Ass Beer To Go" to są moje klimaty, to jest moja atmosfera i moje poczucie estetyki. Prócz chicagowskiego posmaku mamy tu jeszcze wokalistę, w którego opowieści wierzę. Absolutny top bluesowania na rockowo w Polsce. Two Timer trzeba znać, bo to kozackie granie! Jak tylko spłynął zaskórniaki od zespołów z Półkowego Polskiego Albumu Roku 2016 od razu zamawiam winyl od Two Timer.


Nie mogło zabraknąć Starsabout i ich „Halflights”. To właściwie była sympatia od pierwszej minuty. Cudownie się tej muzyki słucha. Tak cudownie, że można odpłynąć i nie są to jakieś buńczuczne frazesy. Autentycznie zasłuchałem się w "Półświatłach" - mało powiedziane, pięknie się zasłuchałem i za każdym razem gdy pakuję blaszkę w odtwarzacz zasłuchuję się z takim samym oddaniem. Bo taka jest ta muzyka. Odrealniona, oniryczna, lekko wycofana, wreszcie spokojna i na swój sposób dojrzała i elegancka. Starsabout nie robi jakichś niesłychanych zrywów w swoich utworach, nie ma tu zwrotów akcji godnych bondowskich filmów i właśnie w tej statyczności tkwi magia i urok tej muzyki. Narracja kompozycji poprowadzona jest w jednostajnym tempie leniwej, kominkowej opowieści. A opowiada Piotr Trypus, wokalem stoickim i eleganckim, bez natarczywych, emocjonalnych porywów czy zbędnych egzaltacji. Stoi on lekko z boku utworu, jest wycofany, ale i fantastycznie wtopiony w klimat. Poza tym dysponuje ciepłą, męską barwą i dobrze się faceta słucha - trochę jak młodego Gilmoura. Odwołanie do Pink Floyd jest nieprzypadkowe, bo Starsabout mają w sobie coś z brzmienia i dostojeństwa brytyjskiego bandu. Poważnie, dajcie się ponieść "Halflights". Zasłuchajcie się w tych dźwiękach, tak jak ja pięknie się w nich zasłuchałem. Grupa wyrosła znikąd, a dała nam kawał tak niesamowitej, rozmarzonej i przestrzennej muzyki, przy której się dosłownie odpływa.


A teraz ":KTONIK:". Ludzie, ależ to jest płyta! Votum zrobił miazgę. Rozbił bank, a jeszcze jakiś czas temu nie było tak wesoło, bo po trzech krążkach ze składu odszedł jeden z najbardziej rozpoznawalnych elementów kapeli, jej filar, czyli wokalista, Maciej Kosiński. Zastąpił go znany mi z grupy Przeciwziemia Bartek Sobieraj. Kosiński był świetnym wokalistą, ale Sobieraj to prawdziwe gardło szatana. Potrafi być pearl jamowy, liryczny, ale i zaryczy zachrypłym, wściekłym głosem. Na ":KTONIK:" Votum odeszli nieco od stylistyki prog-rocka i ruszyli gdzieś w kierunku Katatonii. Jest dużo więcej przestrzeni, mroku i zadumy. Poza tym zrobiło się gęsto, a całość została po prostu GENIALNIE wyprodukowana i zmiksowana. Do tego te neurotyczne, balansujące pomiędzy gniewem i spokojem utwory. Zespół po prostu brzmi dojrzalej i potężniej. To co stworzyli jest cholernie, zjawiskowo dobre!


PODIUM, drodzy państwo, PODIUM!


Trzecie miejsce na pudle było najtrudniejsze. Mistrz i wicemistrz to była po prostu kwestia wyboru spośród dwóch zespołów, ale o najniższe toczył się prawdziwy bój. Kilka ostatnich opisanych płyt już tam było, ale rozmyślałem się, przebierałem i ostatecznie postawiłem na…

"...Alchemia" to następczyni Music Inspired by "Tarot" (1998) i "Zodiac" (2002), projektu, którego trzonem są trzej muzycy związani ze świetną, obecnie milczącą, prog/art rockową grupą Annalist. Dźwięki tworzone przez spółkę Szolc-Srzednicki-Wawrzak, jako że są w całości instrumentalne, mają w sobie sporo z muzyki filmowej czy ilustracyjnej, nieraz world music, ale i potrafią zapędzić się w stronę art-rocka. O bogactwie stanowią przede wszystkim przebogate harmonie i pasaże na wszelkiej maści instrumentach klawiszowych, które gęsto pokrywają szkielet kompozycji. Drugą istotną cechą jest rytm, czasem plemienny, czasem orientalny, momentami nawet trip-hopowy, na pewno ciekawie zaaranżowany i niezwykle melodyjny. W tej części wychodzą wszystkie kompozytorskie zdolności trójki muzyków, ich wzajemna korelacja, zrozumienie (w końcu grają ze sobą już ponad 20 lat) i uzupełnianie się partiami swoich instrumentów. Udał się ten materiał muzykom Annalist. Nawet bardzo się udał. Na pewno przebił poprzedniczki, a dodatkowo jest atrakcyjny wizualnie - plakacik dołączony jako książeczka robi piorunujące wrażenie. Bezwzględnie warto zwrócić uwagę na ten projekt, szczególnie jeśli jest się wielbicielem rytmu, orientu i klimatu. Dla mnie to najlepsza instrumentalna płyta okołorockowa ubiegłego roku.


Długo się zastanawiałem, czy to nie Blindead powinien zasiąść na szczycie podsumowania – na mistrza od samego początku typowałem tylko dwa płyty. „Ascension” płyta idealna pod mój gust, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że w polskiej muzyce pojawiła się premiera o wiele bardziej potrzebna rodzimej scenie. Dlatego Blindead jest drugi, ale widzę, że duma go rozpiera – drodzy państwo! – jakże ta płyta się pięknie puszy:

Blindead to potwór! Potężny, przerażający i bezlitosny. W swoich muzycznych poczynaniach nie idzie na kompromisy. Nie bierze jeńców. Bezwzględnie taranuje wszystko co stanie mu na drodze. Zdaje się, że grupa osiągnęła artystyczne apogeum. Jeśli trzymać się sportowej retoryki, to właśnie jesteśmy świadkami formy życia trójmiejskiej formacji. Zawsze eksplorowali rejony rozpaczy, ale tym razem, niczym kapitan Marlow w pogoni za owładniętym szaleństwem Kurtzem, zbliżyli się na wyciągnięcie ręki do samego jądra ciemności. Spojrzeli w otchłań, a otchłań spojrzała w nich. Blindead nigdy jeszcze nie byli tak dzicy, plemienni, pierwotni - to również pokłosie tekstów odnoszących się do podań ludowych i wierzeń. Grupa, która jeszcze parę lat temu buszowała po odmętach alternatywnego sludge i doom metalu, teraz potrafi zagrać ciszą, wie jak posługiwać się ambientem, po mistrzowsku operuje klawiszami, nie boi się fortepianowych zagrywek, zabawia się różnorodnymi stylistykami, jak trzeba to i zagra akustycznie, z elektroniką zdaje się być za pan brat, a na dodatek ma uniwersalnego wokalistę, który czuje się dobrze zarówno w śpiewie, wrzasku, melorecytacji, jak i recytacji jako takiej. Wraz z "Ascension" narodził się zespół kompletny, udanie wywlekający starą stylistykę w nowe, bardziej złożone formy. Bez wątpienia jest to największe, bo najbardziej uniwersalne, dzieło Blindead, a przy tym jedno z najważniejszych artystycznych wydarzeń roku w świecie mocnego grania. Poziom pewnie byłby kosmiczny, gdyby muzycy tak głęboko nie skryli się w pierwotnej jaskini. Po prostu potężna, dzika muzyka!


Tak jak wspomniałem. Walka o mistrza była zacięta, ale wybór ograniczał się tylko to dwóch płyt. "Ascension" i naszego zwycięzcy, którym w plebiscycie na Półkowy Polski Album Roku 2016 jest…

FANFARY!

KONFETTI!

SZAMPAN!

Lizard i jego "Trochę żółci, trochę więcej bieli", czyli opowieść o tym jak wskrzeszono "słowiański" rock progresywny. Ta płyta jest aż do bólu nasza, swojska, utrzymana w dawno wygasłej stylistyce polskiego prog-rocka lat 70. Kiedy mówię o tym krążku, to zawsze jako porównanie daje dwa wielkie, wręcz legendarne dla Polski utwory: "Bema pamięci żałobny rapsod" Czesława Niemena i "Memento z banalnym tryptykiem" SBB. Lizard stworzyli czterdziestominutową suitę, której dwudziestominutowa część pierwsza bezwzględnie powinna przejść do historii rodzimego prog-rocka jako jedno z największych jego osiągnięć. Świetny, poetycki tekst; wirtuozeria instrumentalistów, która mimo to nie jest sztuką dla sztuki - a gościnny udział saksofonu i trąbki jest wręcz mistrzowski; pełen proroczej emfazy wokal Bydlińskiego ocierający się najbardziej podniosłe linie Niemena i wczesnego Cugowskiego; wreszcie uroczysty klimat i przeczucie, że słuchając "Trochę żółci..." bierze się udział w czymś wielkim i niepowtarzalnym, że na naszych oczach dzieje się jakaś wspaniała historia. Słowiański rock progresywny dumnie powstał z martwych dojrzalszy o te wszystkie dekady jakie minęły od czasów jego świetności. Lizard albumem "Trochę żółci, trochę więcej bieli" potwierdzili, że są bodaj największym i najkompletniejszym bandem w Polsce grającym progresywny (miejscami symfoniczny) rock o klasycznym, korzennym wręcz obliczu. Rozumieją tę stylistykę jak nikt inny w kraju i są w jej granicach bezbłędni - mają też zagubiony przez większość muzyków dar rozsądnego balansu pomiędzy wirtuozerią a melodią i wyważone podejście do grania instrumentalnego, które nie przeradza się w chocholi taniec po strunach instrumentu, a idealnie umacnia konstrukcję muzyki. Mało tego, nagrali utwór, który obok "Bema pamięci żałobnego rapsodu" czy "Mementa z banalnym tryptykiem" powinno się prezentować jako modelową i sztandarową w historii polskiej muzyki prog-rockową suitę, ale też jako największe osiągnięcie i portret możliwości gatunku. Stworzyli rzecz ocierającą się o arcydzieło. Mimochodem wspomnę, że wprawdzie mnie przekupili, ale ten zespół ma taki dystans do siebie i tyle poczucia humoru, że schodzi to na dalszy plan.


Cóż, plebiscyt na Półkowy Polski Album Roku 2016 uważam za zamknięty.

Chwila dla fotoreporterów:




I jeszcze pamiątkowa fotka z poprzednimi laureatami:







Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza